środa, 17 grudnia 2014

Święta słodko-gorzkie



Idą Święta, ponieważ od 27 grudnia każdego roku idą nowe Święta, już w marcu zapytałam się w biurze jak to jest z tymi Świętami w Przychodni. Okazało się, że oczywiście 25 czyli Christmas Day i 26 czyli Boxing Day są wolne od pracy (w tym roku również włącznie z sobotą i niedzielą) ale Wigilia jest dniem normalnej pracy. Jak w TESCO, pomyślałam ale wspomniałam, że dla nas (Polaków) Święta to Wigilia i byłoby ten tego miło gdybym mogła mieć wolne lub przynajmniej zamienić zmianę, żeby nie pracować do 18:30 kiedy o 18:00 to my siadamy do stołu.

Ło matko!

Co to się ja nasłuchałam, wszystkie żwawo kręciły głowami:
-Nie, nie ma takiej możliwości...
-W grudniu i tak nie wolno brać urlopów...
-Nie ma sposobu, nikt ci nie pozwoli...

Aż mi się gula w gardle zebrała ale poszłam jakiegoś dnia do Managera i spytałam go jak to jest z ... katolikami.

-Ależ nie ma o czym mówić! Oczywiście, że będziesz miała wolne, bez dyskusji, to przecież Święta a ja jestem Szkotem i wiem swoje o regionalnych tradycjach.

Tak uspokojona, w błogiej nieświadomości tego co będzie następować w kolejnych miesiącach między mną a Nią, odpłynęłam w błogi stan oczekiwania na nadchodzące Święta.

W zeszłym tygodniu wrócił nieszczęsny temat kiedy Panikara zaproponowała czy nie chciałabym pomóc ranow Przychodzni i zamienić poniedziałkową i wtorkową zmianę na poranną. Odparłam, że to świetny pomysł tym bardziej, że Dzieciusie będą już w domu na ferie, skończę o 13:30 i będę mogła zacząć coś gotować. I wspomniałam o wolnej Wigilii.

jak dejavu

Co to się ja nasłuchałam, wszystkie żwawo kręciły głowami:
-Nie, nie ma takiej możliwości...
-W grudniu i tak nie wolno brać urlopów...
-Nie ma sposobu, nikt ci nie pozwoli...

Ona nazbyt głośno tłumaczyła, że ona musiała odmówić DARMOWEJ wycieczki do Szwecji na Święta bo pracuje w Wigilię.

-Ale to nie jest WYCIECZKA, to są Święta. Chcę mieć swoje.
-Ja też! My też!
-Ale wy macie swoje Święta dzień później! Czy to znaczy że jeśli będę tu pracować kolejne 15 lat- prawie czułam jak nią trzepnęło od środka)- to znaczy, że przez kolejne 15 lat JA nie mam mieć Świąt podczas gdy wy będziecie mieli swoje przez dwa dni statusowo? Ja mogę pracowąć w Boxing Day, to dla mnie już nie Święta ale to Wigilia jest naszym świętem i chcę być w domu, przygotować Wigilię, zdążyć się ubrać...
Na co wtrąciła się Rachela:
-Ja w tym roku nie zobaczę mojego Dziadziusia i Babusi bo pracuję w Wigilię. I mają 87 lat!

/a nie możesz ich zobaczyć w żaden inny dzień roku czy grudnia bo jesteś hipokrytką i Dziadziusiowie przypominają się 24?/

-Trzeba brać zmiany w takim razie- rzuciła Rachela.
-Jakie zmiany, skoro jak twierdzicie, nie można mieć urlopu w grudniu?
-...
-Manager ma urlop przez tydzień od poniedziałku, Sekretarka ma urodziny w Wigilię i ma zawsze wolne- wygląda na to że są równi i równiejści. Ok, rozumiem, jestem tu tylko rok ale na jakiej podstawie wy możecie cieszyć się swoim Christmas Day skoro ja nie mogę Wigilią?

-Manager to rozstrzygnie.
-Już z nim rozmawiałam. Pół roku temu.
-Wiesz jaki on jest, dużo obiecuje, niczego nie dotrzymuje.
-Czyli nie ma Świąt. Odwołane. Muszę powiedzieć Dzieciom. I nie idę na Christmas Party. I nie biorę udziału w Tajemniczym Mikołaju.

Konsternacja

-No co?  Co mam świętować w zespole który nie pozwala mi mieć Świąt. Święta??

Kiedy atmosfera zelżała, Ona i tak trzasnęła drzwiami i poszła do domu, Rachela i reszta zaczęła dopytywać się o co właściwie takiego wielkiego z tymi Świętami, że muszą być w Wigilie?
No ja przepraszam, mam tłumczyć? Serio? No to opowiedziałąm im o nocy NArodzin, o sympoblice potraw, o Pierwszej Gwiazdce, o sianku po obrusem, o poście o tradycji zabierania jedzenia do rodziny w I Dzień Świąt...

-Więc właściwie chodzi w tym wszystkim o jedzenie?
-Nie o jedzenie, ludzie nie mieli co do garnka włożyć ale na Święta starano się zapomnieć o niedostatku i cierpieniach. Żołnierze w okopach wychodzili z ukrycia i dzielili się papierosami w noc Wigilijną- Niemcy z Francuzami. Bo to o to chodzi, nie o picie wina, wyjazd do Londynu na mecz czy przedstawienie na lodzie i brukselki. WY macie całkiem inne podejście bo jesteście Protestantami to wasza wolność i emancypacja religijna spowodowała, że nie znacie katolickiej tradycji. Niczyja wina. Ale nie odmówicie Muzułmaninowi klękać do modlitwy albo Ramadanu prawda?
-No nie, bo będzie krzyk.
-Nie dziwię się. Mają prawo celebrować swoje. Tak jak ja. Jestem emigrantką, mam rodzinę na emigracji. Nie spodziewajcie się, że porzucę swoje korzenie na rzecz protestanckich Świąt. Moje dzieci wiedzą, Że w Wielkanoc nie chodzi o króliczki.

Cisza.

Kilka dni później zrobiło się głośno prze to:


Bezczelnie spytałam dlaczego nie podoba im się , że Anglik musi zdjąć flagę we własnym kraju skoro nie ma nic przeciwko w odwoływaniu Świąt katolickich?

Cholernie krępująca cisza.

Ona jeszcze nie wie, że poszłam do Managera i potwierdziłam ostatecznie i niepodważalnie, że mam wolną Wigilię teraz i co roku do odwołania. Nikt jeszcze nie wie. Zostawię to do 23 wieczora. Manager dodał, że niech to będzie dla mnie forma podziękowania za to jak pracowałam cały rok i jeśli będę pracować tak cały kolejny rok i przez nadchodzące lata, zawsze będzie to Wigilia w domu.

Ale w tym wszystkim chodziło o wykopanie własnego okopu i trzymanie się twardo własnych przekonań. Nie mam im za złe (choć wycieczka Onej to było przegięcie) ale bardzo się dziwię pewnej Polsce którą znam osobiści od 8 lat, która na FB  próbowała mnie nawrócić na wiarę emigrancką kiedy darłam włosy z głowy martwiąc się co dalej. Już nie raz bombardowała moje wpisy na wiele tematów ale idąc jej śladem powinnam przygotować rybę, barszcz, zjeść to w I Dzień Świąt i odhaczyć problem.

Nie spytałam czy rybę mogę zastąpić paluszkami rybnymi a barszcz może być z torebki bo znam ją osobiście. Nie dziwię się już jednak kiedy tak wielu Polaków w UK nie robi Świąt wcale- zalewają robaka Stoliczną. Ale jak się ma rodzinę to trudno mi sobie wyobrazić, żeby nie mieć ochoty na kontynuowanie tradycji którą ma każda polska rodzina.

Znamy taką, która nie obchodzi Świat po tym jak starszy brak po latach walki z nałogiem, wyszedł na przepustkę z detoxu na Święta i zmarł na serce w fotelu, w kapciach, oglądając świąteczną telewizję w wieku 22 lat. Od tego czasu jego rodzina wyjeżdża na Święta w gorące i kraje i zapomina o bólu na widok bombek i choinek. Rozumiem w pełni.

Ale jak stwierdziła moja Rodzicielka, gdyby moja Babcia zraziła się do Świąt w latach kiedy na stole stała puszka konserw a Dziadek siedział w pace za bycie zatrudnionym w złym zakładzie pracy, nigdy żadna z nas nie miałaby takich wspomnień związanych z Bożym Narodzeniem. Ale dźwigała ciężar, trzymała tradycję w kieszeni i dbała, żeby nie zaginęła. Nie pamiętam złych i biednych Świąt w swoim życiu. Teraz kiedy nasza kresowa tradycja spotkała się z tradycją Susła, robimy Wigilię tak, żeby Dzieciusie lubiły i znały i czysty barszcz z uszkami i barszcz grzybowy z rdzennej Polski. Nie machnęłam ręka ani na moje ani na Susła Święta. To krew w żyłach, to smaki, zapachy, wspomnienia, Babcia klejąca uszka, karteczki oznaczające kto gdzie siedzi, które te same od 30 lat leżą na tych samych talerzach i czekają na swoich właścicieli. Kilka leży już na talerzu dla Gościa. Kilka trzeba było dopisać. Moja ma plamę z barszczu z roku kiedy miałam 6 lat.
Na choince wiszą bombki które wieszałam na niej kiedy byłam w przedszkolu i co roku naprawiam odpadające oczka. Gipsowy Jezusek ma co najmniej 25 lat. Na szczycie choinki wisi szklany, dmuchany domek z piernika- bombka którą wieszała na choince moja Rodzicielka- lat 5.

Czego tu się wyrzekać? Co rozmieniać na drobne?

Chyba, że nie ma się samemu żadnych dobrych wspomnień więc wspomnienia innych nie wydają sie tak drogocenne i łatwo je zamieść pod dywan.

Ja lubię kompromisy. Ale jeżeli to nie kompromis ale zamaskowany konformizm- mam to w czterech literach.

Dzieciusie już mają swoje wspomnienia, wiedzą, że kiedy pójdą spać, głośne dzwonki w ogrodzie będą świadczyć o tym, że były grzeczne i ktoś właśnie wciska się nam do kominka. Mają już swoje skarpety 3 rok z rzędu- te same nie superduper nowe każdego roku. Mają gispowego Jezuska ale i gumową szopkę która mogą się bawić i każdego roku ustawiam ją w otoczeniu świeczek i ozdób.



To już ich wspomnienia i jeśli Maj lub Gabi wezmą ją pewnego dnia i będą stawiać pod swoją choinką, to znaczy, że moja misja się udała.

I tyle w temacie.

A wczoraj Maja zagrała w szkolnym przedstawieniu gwiazdkowym i jestem z niej bardzo dumna- za to jaka niesamowita jest w szkole, jak ją wszyscy chwalą, jaka jest chętna do udziału we wszystkim co ją otacza, została Maryjką.


Lala Jezusek ucierpiał w finałowych scenach nadmiernym potrząsaniem ale było cudnie.

wtorek, 28 października 2014

Znowu moralny dylemat o zapachu lawendy.

Weszłyśmy do sklepu z używanymi ciuchami. W drzwiach minęłyśmy starszą parę ale jakoś tak wiatr zapodawał, że nic nie wyczułam. Dopiero po wejściu do sklepu zderzyłam się ze ścianą smrodu niewyobrażalej magii.

Ekspedientka trzymałą się za nos i usta, klienci ropierzchli się po wieszakach ze spodniami.... ekspediantka wyjęła spod lady lawendowy odświeżacz do powietrza i .....

/jak w zwolnionym tempie/

-Nnnnnniiiieeeeeee.....!!!!


Zanim się wyartykułowałam, całe wnętrze sklepu zostałe wypełnione rozpyloną lawendą od której moje oczy błyskawicznie zamieniły się w tryskające łzami, piekące piekielną siarką otwory w ciele przez które jeszcze chwila a wypłynęły by inne płyny ustrojowe. Pani przepraszała, tłumaczyła się smrodem.... a ja okropnie chciałm kupić Mai apaszkę w tęczową kratkę i zostałam tam o jakieś 95% za długo.

To była 10:30. O 12 stałam w Aldim wybierając z Gabim lody z szuflad.
-Gabi, patrz. Tu są cztery truskawkowe ale w tym pudełku są czekoladowe i jest ich 12. Wybieraj- ilość albo smak.
-/Wszystko w porządku śliczna panienko?/- zapytało mnie zmartwione spojrzenie jakiejś starszej pani, kukającej na mnie ukradkiem.
Otarłam mokrym rękawem swetra łzy kapiące mi z brody i nadal wybierałam lody, jakbym była jakąś młodą matką, która przełamała cieżką, kliniczną depresję i wyszła z domu gotowa KUPIĆ TE LODY nawet za cenę śmierci w męczarniach.
Kasjer nie podnosił wzroku, więc nie zauważył tęczowych błysków moich oczu.

O 12:30 wpadłam do Boots'a:
-Ratuj mnie kobieto!
Kobieta spojrzała, zasyczałą we współczuciu i postawiła na ladzie jakiś chromoglikat. Zapłaciłam, rozszarpałam pudełko, i wycisnęłam w ślepia pół butelesi. Klienci patrzyli jak na narkomankę której dali litrową butelkę zomorfu.

O 13:00 weszłam do pracy po omacku. Wokół oczu pokrzywka jakby mnie ktoś sieknął po mordzie bukietem z pokrzyw.

O 18:30 oczy nadal były gorące, piekące, wrażliwe na światło i dupa z tym wszystkim.

Kto ma szczeznąć w piekle- smrodliwa para, fanka lawendy czy ten geniusz co wymyślił alergię?

sobota, 25 października 2014

Moralne niepokoje

Brytyjskość zaskoczyła mnie pozytywnie i negatywnie wiele razy w ciągu ostatnich 8 lat ale ten temat wyłonił się z oparów realiów i kompletnie mnie znokautował.
Mówi się ze Brytyjczyk to zwierzątko przprzyjazneprzejmie,  pełne tradycyjnych przyzwyczajeń, prowadzące spokojny tryb zycia przy herbacie z mlekiem i ciastku z kremem. Nie liczę w tym młodego pokolenia ktore nadaje sie na podpałke do pieca ale o tym ogolno wojennym i troche młodszym.
Chodzą powoli, nie spiesza się, są usmiechnięci, serdeczni, maja zainteresowania, grupy znajomych, rzadko zostają w domu na weekend. Podróżują,  czasem nawet pracują kilka godzin w tygodniu, niejednokrotnie jako wolontariusze. Idealna emerytura, spokojna starość, o cóż więcej prosić.

Niedawno NHS zauważyło szanse ograniczenia strat i wydatków wynikających z nieprzewidzianych i chaotycznych wizyt starszych pacjentów na oddziałach ratunkowych i przesunęło odpowiedzialność na prywatne praktyki medyczne. W kosztownym projekcie sluzby zdrowia chodzi o to żeby zauważać, zapobiegać i rozwiązywac drobniejsze problemy zdrowotne bez konieczności wykręcania 111 czy 999 przy każdej możliwej okazji. Przypisany do pacjenta konkretny lekarz ma być w stałym kontakcie z domem i rodzina, uprzedzać potrzeby i dopieszczać osoby chore lub wymagające stałej opieki.
W naszej przychodni zakwalifikowało się wiec ok 250 osób i przez dwa miesiące wszyscy oni odwiedzili przychodnie na pół godzinną wizytę podczas której kompleksowo ustalono plan opieki zdrowotnej z uwzględnieniem papierkowych spraw.

O te papierkowe sprawy właśnie idzie.

Pośród wielu podpisów i skierowań pacjenci zostali poproszeni o wypełnienie wiążącego dokumentu określajacego postępowanie lekarzy w wypadku konieczności resuscytacji. Czyli w skrócie pompować i ratować czy odpuścić i podpisać akt zgonu w wypadku zatrzymania akcji serca.
Ponieważ przypadło mi w udziale kserowanie kopii zatrwaąającej większości tych oświadczeń z przerażeniem i niedowierzaniem przekonałam się ze lwia część tych ludzi chce wynieść się z tego padołu przy pierwszej nadażającej się okazji.

NIE PODEJMOWAC PRÓB CPR.

Z 250 osób probe resuscytacji widzi sobie może 10 osób?

10?

Żadnej biedy, zmartwień, uporczywych chorób,  niepełnosprawności. .. poprostu umrzeć i dać sobie spokój.

Pomiędzy tymi dziesięcioma osobami znalazły się jednak dwie które każdy posadziłby o dokładnie odwrotne. Pan JR który w tym roku stracił swoja ukochana żonę na raka jajników, został sam, smutny i pełen tęsknoty, poraniony wspomnieniami każdego dnia kiedy sam sie nią opiekował, nosił do samochodu, myl, podawał leki i poprosił o pomoc dopiero wtedy kiedy ze zmęczenia przestał spać. On chce żyć! Jak najdłużej!
Druga osoba jest ED, 22 letnia dziewczyna która urodziła się z porażeniem mózgowym, żyje na machinie przypominającej statek kosmiczny, zamknięta w bungalowie, z opiekunkami które z racji bezsensownych przepisów zmieniają się jak rękawiczki.

Dziś (taki updejt po kilku dniach) doskanowałam jeszcze jedną nie-zgodę na resuscytację. Chłopak ma 18 lat. GU od 8 roku życia cierpi na glejaka mózgu, przez lata prawie kompletnie stracił wzrok. W okularach czyta litery z odległości 2cm. Właśnie poszedł na studia. Chce projektować auta i pociągi. Uda mu się.

On tez chce żyć. Bezwarunkowo. Jak najdłużej.

Bo życie jest po to żeby brać je garściami.




poniedziałek, 20 października 2014

Prawie jak Halloween


Dzwonimy do siebie z Sekretarką prawie codziennie. Sekretarka uznała, że skoro wsadziłam kij w mrowisko, czas na poznanie Strasznej Prawdy o wielu sprawach związanych z Przychodnią. Otworzyła Szafę i nie wytoczył się z niej żaden szkielet- MASA szkieletów wyskoczyła jednocześnie rzucając się do gardła, smrodząc piwnicznym oddechem i klekocząc kośćmi starymi jak Przychodnia.

Jesu.

Ja nie wiem jak można mówić o sobie jako o Menagerze skoro tak naprawdę żadna menadzerska praca nie ma miejsca- Menadzer nie rządzi, nie dzieli, nie godzi- nie robi nic. Wydaje się, że do tego stopnia, że ostatnio coraz częściej widzi się z lekarzem, domyślamy się, że ze wzgędu na stres bo czuje, że jego kariera w tym miejscu się kończy. Barykaduje się w swoim biurze całymi dniami (śpi, gra w kulki, dwoni na sekslinie, nieważne), boi się wychodzić bo musiałby stanąć twarząw twarz z chaosem który spowodowały jego wieloletnie nijakie rządy.

Podobno z poprzedniej pracy, z której jest taki dumny wyleciał z hukiem. To było latat temu, już wtedy pracował jakko manager dla Przychodni na część etetu, kiedt Przychodnia nie miała nawet linii telefonicznej. Kiedy wyleciał z banku, nie przyznał się Założycielowi i zwyczajnie ogłosił, że odszedł, żeby "całkowicie poświęcić się rozwijającej się przychodni". Kłamstwo wyszło bokiem, po wielu latach i nie każdy o tym wie.

Dowiedziałam się o zamku, o wysadzaniu ludzi ze stołków, o buncie na pokładzie, o rzeczach od których jeżą się włosy.

Ale widzieć pływające gówno to już co innego nić płynąć na oślep mając nadzieję, że nie trafi się na przykrą niespodziankę. Co więcej, łatwiej nawigować kiedy wie się, dlaczego wszyscy pływają zygzakiem. :)


poniedziałek, 13 października 2014

Poniedziałek rano

Pieluszki na wiek Gabiego nie trzymają nocnego zapasu więc codziennie musiałam zmieniać mu prześcieradło i wymienną matę. Budził się rano, pielucha zlana, piżamka mokra a w łóżku mokra plama.

Kupiłam nieprzemakalny pokrowiec na cały materac, z gumkami- luksus i wygoda! Pomyślałam, w końcu suchy materac i koniec z wymiennymi przemoczonymi podkładkami z których zawsze się jednak ulewa . Dobrze, że Maja już taka duża, jak tylko Gabi będzie suchy w nocy, skończy się pewna epoka. :)

Wchodzę dzisiaj rano do pokoju.

Sniff. Znam ten zapach.

Gabiego nie ma w łóżku na dole. Patrzę na pięterko- Maja leży, obejmuje ramionkiem i nogą Gabiego- golusieńkiego jak go Bóg sprowadził na ten świat. Patrzę na podłogę- pielucha zdjęta, piżama porzucona. Macam ręką Mai materac pod Gabim- zlał się w nieswoje łóżko.

Jak kot. Właścicel widzi, że kot siura ciągle w ten sam kąt w przedpkoju więc przesuwa mu tam kuwetę. Na co kot śmiertelnie obrażony postanawia od tej pory siurać Panu do łóżka.

Gabi nie posiada żadnych wspomnień z tej nocy i wyszystkiemu zaprzecza.

:)

sobota, 4 października 2014

Biurowa bliskość

-Masz ochotę na popcorn?
-Pewnie.
-......
-...Był na ziemi?
-Nie, znalazłam go w szufladce ze spinaczami.
-Masz wiecej?
-Niep. To wszystko co zdobylam.
-Podzielmy się.

-Masz mniejszy kawałek.
-To nic, w końcu mamy mało do podziału więc tak mogę pokazać ile dla mnie znaczy twoja osoba.
-Super.

-Zrób mu zdjecie.
-Serio?
-Pewnie, takie chwile trzeba cenić.

-Wyglada jak ząb.
-Zepsuty.
-Obrócić go bo nie przypomina popcornu tylko próchnicę.
-Teraz lepiej. Bardziej jak przekąska. 
-Patrz, twarzowo.
-Wyślesz mi na Watsup? Ustawie sobie jako twoje zdjęcie profilowe. Jak do mnie zadzwonisz przypomni mi sie ta chwila.
-Stanie ci przed oczami jak żywa?
-To przecierz.

....

Piatek po poludniu, Kokain i Skanerka za pieniadze NHS

wtorek, 30 września 2014

Na zachodzie bez zmian

Ona przycichła od czasu kiedy się postawiłam. Jestem dobrym obserwatorem więc jest dla mnie na razie oczywiste, że nie ma pojęcia o skardze. Sekretarka stwierdziła, że to dość nietypowe bo zwykle zwoływano "plenum" i załatwiano sprawę od ręki. Twierdzi, że coś się tam pyrka pod pokrywką. Jednak, mój bunt poskutkował i w chwili obecnej przesunęłam się w strefę Totalnego Ignora. Kompletnie. Natomiast kiedy trzeba, zwraca się do mnie po imieniu, uśmiecha słodziusio i  i n f o r m u j e o wszystkim co może mnie interesować.

W międzyzczasie ktoś pisnął, że trzymanie próbek z moczem w koszyczku na biurku jest ohydne i niehigieniczne i na wdrożenie czeka jakaś nowa idea. Trzymała nawet próbkę na papierze toaletowym na swoim biurku więc ktoś podbudowany moim małym triumfem zaprostestował i Ona okazała dość potulna.

Tak czy inaczej Manager wraca w czwartek z urlopu, 2 tygodnie minęły i spodziewam się "dalszych kroków".

 Od czasu kiedy walnęłam pięścią w stół na FB dodało mnie do "przyjaciół" z 5 osób z Przychodni. Tak hurtem.

A oprócz tego mieliśmy w domu gościnnego królika w dodatkowej klatce, nocującego w drodze powrotnej do właściciela od którego uciekł.

poniedziałek, 29 września 2014

Instrukcja

-Ja przyszedłem oddać mocz. Do badania,  znaczy się. 
Otwieram szuflade i wyciagam buteleczkę. Oraz karteczkę.
-A to życzenie lekarza czy na infekcję?
-Oj, na infekcje!
-No to musi Pan wypełnić buteleczkę oraz ten oto mały formular objawów.
Pan wziął do ręki buteleczkę,  przeturlal w ręku i spojrzał na mnie zagubiony.
- Wie Pan o ...- rozejrzałam się konfidencyjnie- Środkowym Strumieniu,  prawda?
-...nnnie za bardzo?
Przytuliłam sie bliżej kontuaru.
- Wie Pan, chodzi o to, że laboratorium może odesłać wynik jako 'mieszana kultura' kiedy bakterie, których nie powinno tam być dostają sie do... wód.
-Oh?
-I po to właśnie jest Środkowy Strumień.
Teraz Pan przytula się do kontuaru, rozgladajac się tajemniczo.
- Ale jak...
- Więc bierze Pan tą tubeczke odkręconą ... i zaczyna siusiać. Tak po 1/3 trzeba podstawić tubeczkę i nałapać do niej trochę, nie musi być pełna. I zanim skończy się siusiu do zrobienia, zabrać tubeczke.
-????
-Kibelek-tubeczka-kibelek.
-Rozumiem. Gdzie... tam?
Pokazuje najbliższą toaletę w której nie da się nawet obrócić.
-Lepiej w tej dla inwalidów.
-Tak myślałem że to będzie przeprawa. Wygląda na to, że będzie mi potrzebne dużo miejsca. 

Wrócił po przerwie na reklamy. Tubka pewnie dość ciepła więc postawiłam papierową torebkę bez patrzenia, Pan popnął próbeczkę do torebki i odsapnął po ciężkim przeżyciu bardzo wdzięczny za instrukcje.

A chwilę potem wpada Pani, stawia na stole tubeczkę z niebieskim korkoemt i mówi:
-Sraczkę przyniosłam. Ujdzie?



środa, 24 września 2014

Świneśki

Kiedy zobaczyłam to stare biurko pomyślałam- to jest TEN moment!

Jedna z naszych pielegniarek uszczypnęła sie szufladą swojego antycznego biurka i zapragneła nowego. Pamietacie takie stare biurka z lat 80tych z czarną,  metalową ramą,  z ciemnej grubej deski pilśnjowej, z szufladami po prawej? Właśnie takie. Pielęgniarka dostała nowe a stare, razem z rozpadajacymi się szufladami, pineskami i ołówka mi wypadajacymi z zakamarków, wylądowało za budynkiem, na trawniku.

"Jest moje" i wcielając słowo w czyn, przyjechaliśmy po nie wieczorkiem, załadowaliśmy na pakę i wylądowało w naszym ogrodzie. W jakąś sobotę Suseł rozebrał na części zbędne,  tu dokręcił, tam dośrubował i w dwa dni zmontował dwupiętrową klatkę na świnek morskich, mojego projektu.

Kupiłam wszystko co potrzebne do trzymania świnek i zaczęliśmy rozglądać sie za Idealną Parą.  Mialy to być dwie malutkie dziewczynki i jak się okazało,  łatwiej było plan mieć niż go zorganizować.  Ani Pets at Home ani Crofts nie miał nic przypominajacego Idealną Parę,  do tego stopnia, ze polecany sklep, słynny z bogatego wyboru świnek mial tylko jedną sztuke. I to taką rozczochraną we wszystkie strony. Maja wpadła w bezcenną czeluść rozpaczy,  kiedy w zeszłą sobotę wróciliśmy z połowów z pustymi rękami.

-Nigdy nie będę miała swinki!  Zapomnicie i juz nie kupicie!!- a smarków przy tym co niemiara.

Napisalam na FB, ze Maja jest w kawałkach w wyniku ostrego, chronicznego braku świnki morskiej.... i odezwała się  znajoma z Tesco,  która postanowiła oddac swoje świnki wraz z pełnym osprzętem naszym Pierdzioszkom.

W tajemnicy pojechaliśmy w niedzielę obejrzeć CHŁOPAKÓW  i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Rouge i Patch okazaly się dorosłymi,  zżytymi ze sobą świnkami długowłosymi. Razem z nimi dostałam tez drugą klatkę,  mniejszą w której w razie co będzie można zabrać chłopaków do kuchni na noc, siana, worków,  żarcia na dobre dwa miesiące,  szczotkę,  butelkę,  spray, witaminy, pokrowiec na deszcz i kołdrę na mrozy. Szok. Wszystko dla Pierdzioszkow z pozdrowieniami od Jane.

Teraz nazywają się Teodor i Chrupek. Teodor bo kolorem i z pyszczka przypomina Teodora z Alvina i Wiewiorek i należy do Gabiego.  Chrupek jest swinką Mai, jest trzykolorową baaardzo długowłosą. Oba chłopaki są bardzo oswojone, zaczęły jeść z ręki tego samego dnia, choć Teodor wydaje się mniej ufny. Jeszcze w poniedziałek piszczały trochę przy wyciąganiu z klatki ale już we wtorek dały sie wyciagnąć bez problemu. Sa mało ruchawe, zdecydowanie wolą siedzieć na kolanach i się grzać,  chrumkać zielonkę, siedzieć na szmatce i robić pod siebie. :-D

Pozagnanie Dziewusi

Było pożegnanie.  Zebraliśmy się w Hinduskiej Restauracji wczorajszego wieczora na kolacji, bez lekarzy bo podpadli Chloe. Dostala pudełko z prezentem a'la zestaw pierwszej pomocy, ktorym moim skromnym, europejskim zdaniem podpadalby pod obrazę majestatu, ale może się po prostu starzeje? Paczka gumek, nawilżacz bynajmniej nie powietrza, butelke whiskacza, 100 australijskich dolarów i paczka fajek. Ale jak wspomnialam, możliwe że to ja . :-:-D

Sekretarka nie przyszła bo wspomniałam że nie mają w Restauracji zmywarki i jada zimną wodą.  Upski!

Ona brylowała w towarzystwie jak zwykle ale w drodze powrotnej dowiedziałam sie że wszyscy podejrzewaja że "z jakiegoś powodu" doszkala ja ostatnio Przychodnia i chuba chca z niej zrobic HealthCare Assistant czyli takie coś niżej pielegniarki ale wyżej basenu na użytek Przychodni- krew, ekg, płukanie uszu itp. Podobno w NHS sie tak robi- jak ktos zaczyna przypominać rybe na słońcu to daje mu się pokój na koncu korytarza albo w piwnicy i tam może dalej psuć powietrze.

Lece do pracy! !

Raz dwa trzy

Czyli znowu probuje sie dowiedziec jak postować przez komórkę. ...

poniedziałek, 22 września 2014

Zator informacyjny

Nawet student medycyny wie, że kiedy w naczyniu krwionośnym utworzy się zator, do mózgu nie dociera tlen, komórki obumierają i człowiek zamiast skakać przez płotki w ciągu minut zamienia się w śliniące warzywo niezdolne do wykonywania najprostszych czynności. W Przychodni teoria nie spotyka się z praktyką. 

Już myślałam, że coś się zmieniło. Co prawda Przychodnia jako pracodawca ma jeszcze tydzień na oficjalną odpowiedź ale zdawało mi się chyba, że Ona zaczęła podnosić tyłek z krzesła trochę częściej niż zwykle i nagle łaskawie zaczęła mnie informować o różnych "nowościach".

Jednak nie. Za pięknie by było i zrobiła się zadyma roku. Na szczęście mnie tam nie było.

Rankiem Dziewusia i Panikara pracowały jak co dnia, odbierając telefony, oferując wizyty typu "last minute" i załatwiając pacjentów przy okienku. Każdego dnia było tak, że zablokowane wizyty stawały się białe czyli dostępne do bukowania i zanim minęło pierwsze 30 minut pracy, obie zabukowały 8 pacjentów na 9:00-10:00 rano. W pewnym momencie wyskoczył ze swojego pokoju Dr Kość i przez okienko zaczął gromić Dziewusię, że bukuje wizyty! Otworzyły się drzwi, do Recepcji wpadł Dr Kulka i słowami nieparlamentarnymi zaczął wtórować Kości w opierdalaniu obu z góry do dołu. Dziewusia akurat wisiałą na telefonie i nie wiedziała komu odpowiedać póki pacjent z drugiej strony druta nie spytał kto tam na nią tak wrzeszczy?
-Dr Kulka.
-Dr KULKA tak na Panią się tam drze?
-I Dr Kość.
-To może ja zadzwnonię potem... ale to jest jakiś skandal!

Odłożyła słuchawkę, Panikara też i się zaczęło- okazało się, że tego ranka nikt nie miał bukować wizyt bo lekarze USTALILI, że tego dnia pojadą na wizyty domowe w ramach tego nowego programu rządowego, żeby odbębnić papierkową robotę dotyczącą tych, którym trudno jest ruszyć się z domu.

USTALILI. Sobie. Dziękujemy.

Najlepsze jednak nastąpiło, kiedy obie Panikara i Dziewusia zwróciły się do Onej z pytaniem:
-Czy ty coś o tym wiedziałaś??
-Nieeeee..... pierszysłyszę!

Dziewusia się załamała, poszła na fajkę, wróciła, zabrać torebkę i poszła na piechotę do domu 3 mile. To był czwartek. W piątek był jej ostatni dzień, więc przyszła do pracy z przyklejonym uśmiechem na ustach, odbrać pożegnania, kartki i prezenty ale dziwię się jej, bo ja w życiu bym nie wróciła po takim potraktowaniu. Dopiero wtedy wszystkiego się dowiedziałam bo w czwartek kiedy przyszłam do pracy pył już opadł, pióra też, wszyscy tylko, od drzwi ostrzegali, żeby nie wchodzić lekarzom w drogę bo mają zły humore, Dziewusia wyszła i nie wróciła, była starszna awantura, takie tam. I że Dr Kość ma humor na Zeusa.

Dopiero od Dziewusi dowiedziałam się wszystkiego. Problem w tym, że ja słyszałam w środę wieczorem jak Dr Kulka rozmawiał z Szarą Eminencją i Oną o tym, że na drugi dzień trzeba będzie pojeździć po rejonie i złożyć wizyty najstarszym i najbardziej chorym i ustalali jak to zrobić. Usalili, uzgodnili, rano nikt nikomu nic nie powiedział. Szara Eminencja nie była tego dnia rano w pracy, Ona uznała, że nie trzeba o niczym informować Recepcji, lekarze uznali pewnie, że nie muszą się produkować skoro od tego mają senior recepcjonistkę. A Ona się wszystkiego wyparła.

Pracowałam w molochach zatrudniających 200-500 osób i nie byo dnia, żeby menadżer lub Team Leader nie miał nawet 5 minut, żeby odprawić ludzi mówiąc im o planie na dany dzień. Bez tego nie było nawet mowy o wejściu na zmianę w Pizza Hut czy w TESCO!  A niech cię ktoś spróbował objechać za niewiedzę- nie powiedziałeś mi to spadaj na drzewo! Wystarczy dosłownie 60 sekund, żeby dać ludziom znać, że nic dziś nowego w planie nie ma, rozplanować pracę

Tu pracuje 10 osób i informacje utykają jak żaba w betonie.

Dr Kość zebrał się jeszcze na trochę honoru i pożegnał się z Dziewusią właczając w to strzelenie misia ale dr Kulka przeparadował przez biuro w samym środku pożegnań i życzeń z miną na skrzywiony zad pawiana i nie powiedział ani słowa. Nie wiem kogo wini za tą sytuację ale chyba pora, żeby usiedli i pogadali o tym co wydaje im się mało znaczące.

Z drugiej strony- ludzie mają rację- z Menadżera jest dupa nie menadżer. To on ma dbać o przepływ informacji i pouczać Oną w kwestii organizacji biura, natomiast ponieważ siedzi cały dzień w swoim pokoju i udaje ciężko zajętego- wszystko co dotyczy codziennego funkcjonowania Przychodni mu wisi i powiewa na wietrze. Pozostaje Ona i jej 18 lat doświadczenia, które zaczyna przypominać zdechłą rybę na słońcu- po takim czasie nawet doświadczenie kklęka przez nudą, rutyną i nadmierną pewnością siebie.

Dziewusia jest już częścią historii, we wtorek idziemy do Hindusów uczcić jej odejście. Prowadzimy nabór na Recepcjonistkę i dwóch Dyspenserów. Będzie nowy narybek i będzie się działo, będzie zabawa, będzie głośno i mało radośnie.


czwartek, 18 września 2014

Człowiek Zwyczjany i Szalony Kapelusznik kontra NHS

Uroki pracy w Przychodni dają niewysłowioną przyjemność z obcowania z tzw. próbką statystyczną. Brytyjska próbka statystyczna sprawia się wyśmienicie, nie powiem ale są momenty, że cała ta brytyjskość przeradza się w iście montypythonowską farsę i przeciętnemu europejczykowi z drugiej strony Żelaznej Kurtyny puszczają zwieracze.

Telefon. Wyniki próbki kału. Nie ma wyników bo próbka była "zbyt solidna" i laboratorium odrzuca ją. Dla przeciętnego człowieka biegunką jest wszystko co nie robi donośnego "PLUM", dla laboratorium biegunka jest coś co właściwie trudno odróżnić do wody w odpływie. Z tego też powodu, bardzo często pacjent dostarczający "próbkę" otrzymuje w zamian figę bo jeśli dało się to nabrać na łyżeczką zamontowaną do korka w butelce, oznacza to, że nie jest to próbka zasługująca na pieniądze NHS.
Pani przyniosła swoją "biegunkę" kilka dni temu i dzwoni ciekawa łacińskim nazw bakterii które ją zamieszkują. Rozczarowanie. Cichutko tłumaczę na czym polega "próbkowanie", pani jest zawiedziona i zdegustowana faktem, że musi jeszcze raz przez to przebrnąć bo nadal "ma objawy" i bakterie odmawiają zakończenia imprezy i pójścia do domu.
-Czy ma Pani jeszcze "objawy"? Czy się pogarsza, polepsza w porównaniu z poniedziałkiem?
-Cóż... myślę że.... no coż.... tak, mam objawy- ociąga się. Próbuje użyć dyplomacji zasługującej na pokojową nagrodę Nobla.
-Czy objawy są na tyle.... poważne, że uda się Pani dostarczyć jeszcze jedną próbkę?
-Tak, sądzę, że tak. Hm... Powiedzmy... że, uhm.... objawy są na tyle poważne, że trudno zaplanować dzień!

Cała brytyjskość w pigułce.

Pacjenci dbają o nas jak o lokalne przedszkole. Ktoś przynosi magazyny do czytania, ostatnio jakaś wysoka, bardzo starsza, chuda dama podała mi zafoliowaną paczkę herbaty:
-A to herbata dla was.

Wczoraj Doktor Kulka dostał w czasie wizyty puszkę fasoli i butelkę wody mineralnej.


Zastanawialiśmy się wieczorem nad ukrytym sensem tych dwóch prezentów ale stwierdziłam, że pacjenci dbają o swojego lekarza jak tylko mogą: teraz ma szansę być bardziej nawodniony i chwalić się optymalnym poziomem błonnika w kiszkach. Śmiechu co niemiara.

Zdarzają się jabłka prosto z sadu, kratki pieczarek, jajka prosto z tyłka. Tak jak przez wieki kiedy prości ludzie szli do lekarza i przynosili co mieli najlepszego w podzięce za troskę o zdrowie.

Oczywiście nic takiego nie ma miejsca w przypadku pacjentów młodego pokolenia więc jest to zajęcie na skraju wyginięcia. Młode pokolenie jest dobre tylko w spóźnianiu się lub w nieprzychodzeniu wcale na umówione wizyty, w domaganiu się swoich praw których nikt nie odmawia i marudzeniu przy wyborze lekarza. Wystarczy, że raz lekarz powie coś czego młody osobnik nie chce usłyszeć- już go znielubia i po roku nie za bardzo jest do kogo iść. Stare pokolenie chyli głowę pokornie przed srogim opierpapier Dr Kostki i robi co się każe. Pewnie dlatego mamy jeszcze wielu100 latków na stanie i nie będziemy ich mieli za 40 lat. Piją, palą, łapią chlamydiozę, skrobią niechiane ciąże, łykają psychotropy i antydepresanty.

Blady koszmar. Mówi się w NHS, że co 3 kobieta w UK bierze antydepresanty a pozostałe dwie biegają po ulicach nieleczone. Mamy mamusie, które biorą Fluoxetinę od lat i tak świetnie im na niej idzie, że żądają od lekarzy przypisywanie jej swoim 15 letnim córkom- bo życie jest takie stresujące. Nie umieją same upaść, ponieść się, poprawić korony i iść dalej tylko muszą patroszyć się lekami na depresję, żeby odebrać dziecko ze szkolnego autobusu.

Nie żartuję, Dr Pszczółka miała taką wizytę kiedy pracowała w Większym Miasteczku. Po 9:00 rano wpadła do recepcji pani, zażądała wizyty ratunkowej, rozstrzęsiona i zapłakana. Pszczółka otworzyła drzwi do gabinetu i od drzwi usłyszała że pani przyszła po antydepresant bo nie zdążyła odprowadzić syna do szkolnego autobusu na czas, musiała odwieźć go sama do szkoły i było to tak depresjonujące, dołujące i tak bardzo zrujnowało jej dzień, że teraz może ją pozbierać tylko Fluo.

Dostają formularze do wypełnienia-'proszę określić od 1-5 czy myśli Pan/Pani o samobójstwie, okaleczeniu się, ma kłopoty ze snem itp". Zaznaczają w swojej uczciwości same jedynki i dziwią się, że kliniczni nie są w depresji chociaż sami uważają, że są na granicy dachu budynku. Jeden skok i już Fluo stanie się zbędne.

Tymczasem mamy pacjenta, który połknął 72 tabletki Paracetamolu i nie umarł. Robił awanturę, że apteki wydają leki bez mocy zabójczej której się spodziewał a potem postanowił kupić karawan turystyczny i przepowadzić się na wybrzeże. W międzyczasie brat kopniakiem złamał mu zarówno kość strzałkową i piszczelową, więc z karawanu nici, spędził 2 miesiące na wyciągu podczas którego przemyślał sprawę, podrapał się kilka razy kartą bankomatową po nadgarstkach a na końcu zelżył pielęgniarki i zwymiotował na podłogę w dniu wypisu. I biega wolny.

Inny Pan, był na Ostrym 48 razy od stycznia. Za każdym razem opił się alkoholu jak Smok Wawelski, partnerka woła i krzyczy: "On umrze, on miał już 47 napadów padaczkowych w tym roku, ratujcie go!", zabierają go raz 48, stawiają na nogi, zabraniają pić, zaopatrują w leki i wysyłają rano do GP. Para się nie stawia, mijają dwa tygodnie, Pan przychodzi odpicowany, pod garniturem, lekarz przypisuje Opierpapier z góry do dołu, daje więcej leków, Pan jest tak szczęśliwy, że udało mi się wziąć udział w tej zabawie na trzeźwo, że tego samego dnia wypija butelkę whiskey zostawiając list pożegnalny: "Przekażcie Dr Kulce, że jest dobrym człowiekiem" i ląduję na OD po raz 29.

Natomiast jego partnerka jest jak żeńska wersja Szalonego Kapelusznika, nie wiem gdzie się dobrali. Nikt u niej nigdy niczego nie zdiagnozował więc biega wolno- wpada do Przychodni, Musimy Zobaczyć Partnera Bo Służba Zdrowia Ma Go W Dupie A On Na Pewno Umrze Bo Już Miał Tyle-a-Tyle Napadów Epilepsji I Nikt Nie Wie Dlaczego Nawet Nie Zrobili Mu MRI!! Żadne uspakajanie nie pomaga, nakręca się,w chodzi na wysokie rejestry, żąda wizyty, jak ktoś jest miękki jak masło, wynajduje 10 minut po 15:00 na które i tak nigdy nie przychodzi. W tym roku zgubiła 4 paszporty bo nie ma prawa jazdy i to jej jedyny dowód istnienia. Więc nosi go wszędzie i gubi. Tym razem Biuro Paszportowe powiedziało basta bo podejrzewają, że sprzedaje paszporty (nie znają jej więc nie wiedzą, że to Szalony Kapelusznik) i nie chcą wydać nowego. Ostatnio wpadła do Przychodni, zakręciła się, nic nie chciała i zniknęła. Okazało się, że wykorzystuje nas jako toaletę, weszła, zrobiła kupę. Kupa ubrudziła klozet, nie spuściła wody i uciekła. Przy tym zgubiła swoją kartę autobusową kiedy ściągała gacie i sprawa wyszła na jaw kiedy musiała po nią wrócić.

Nazwała mnie raz "Emigrantką i życzyła, żeby mi też zginął paszport, bo tak, jak se chcę to se jeżdżę gdzie chcę!!! Lekarz jej nie przyjmie w tej chwili (5 minut do zamknięcia budynku), nie nie wypisze jej listu polecającego do Biura Paszportowego teraz, proszę umówić się na wizytę jak każdy inny pacjent. Będzie opłata za list- 31,50. To się dowiedziałam. Poleciała.

Mamy kilku takich Kapeluszników, jutro CD

wtorek, 16 września 2014

Jak obudziła Smoka?

W nagromadzeniu wydarzeń ostatnich miesięcy nazbierało się tego naprawdę dużo. To tego stopnia dużo, że skończyło mi się miejsce na dysku w folderze "Ona" i zaczełam zapominać niektóre numery aż potrzebowałam Susła i Rodzicielkę, żeby mi przypominali i czym opowiadałam po pracy.

Z poważnych problemów jednak do listy doszła jednak sprawa ze szczepionkami wakacyjnymi.

Po 4 miesiącach pracy, zaskoczyła mnie pacjentka, która po wyjściu z córką od pielęgniarki przyszła do biurka zapłacić za szczepionki które właśnie rozpełzały się po wnętrzu jej córki. Najpierw zaskoczyła mnie bo zdałam sobie sprawę, że przez 4 miesiące jeszcze nie widziałam, żeby ktoś płacić za szczepienia więc nie wiem jak to się robi. Poprosiłam Oną, wstała łaskawie i spędziła kolejne 15 minut naliczając należną opłatę oczywiście nic mi nie wyjaśniając. Pacjentka zapłaciła, poszła, wpis trafił do zeszyciuku, który mamy w szfladzie... i zauważyłam dziwne poruszenie kiedy powtórzyłam, że przez tyle miesięcy nie widziałąm tego ani razu... Stałą z zeszycikiem, kartkowała, potem dołączyła do niej Hipiska, coś szeptały zmieszane, po południu przez biuro przechodziła Pielęgniarka II, od której podsłuchałam tylko:
-Ja tu tylko kłuję ludzi.
Kiedy miałam okazję, wziełam z szuflady zeszycik i przekartkowałam- okazało się, że do tamtego dnia, żaden pacjent nie zapłacić za szczepienia od października 2013 roku- 6 miesięcy pacjenci bukowali wizytę, przychodzili, dostawali kujka i wychodzili z Przychodni w błogiej nieświadomości, pewnie nawet nie pamiętając, że część tych szczepień była płatna! Jej procedury i zasady były tak cienkie, że nawet nie zauważyła przez pół roku, że nikt nie płaci za extra usługę.

Wiecie co się stało niedługo potem? Zeszycik zniknął, został zastąpiony nowym, zaczynającym się od kwietnia.

Następnym razem przyszłam do Niej, informując, że jakaś tam pacjentka jest w szpitalu (co wyrzuciła ze świadomości) i bardzo prosi o telefon od lekarza.
-Wrzuć to na listę.
Tłumaczenia niewiele dały i zrobiłam jak kazano. Jeszcze tego samego dnia Ona wyrzuciła nazwisko pacjentki z listy (bo to jakiś banał) i kiedy zadzwoniła znowu niezadowolona, wróciłam do Niej z pytaniem dlaczego nie ma jej na liście.
-Bo ja wieeem o co chodzi, ona chciała wymaz z lekarzem zamiast z pielęgnarką, dupę zawraca...
-Nie wymaz, tylko dzwoni ze szpitala i prosi o kontakt z lekarzem.
-Jakiego szpitaka, co ty mi nic nie mówisz?
-Mówiłam w południe, że dzwoni ze szpitala.
-Co co ty mi tu o wymazach?
-Ja? Ty powiedziałaś o wymazie.
Chwyciła słuchawkę, zadzwoniła do lekarza, skontaktowała z pacjentką- chwała dla Onej za szybkie załatwienie sprawy.

I tak co krok.

Wynajmujemy aparaty do mierzenia ciśnienia do domu. Kiedy przyszłam, aparaty były pożyczane w oryginalnych pudełkach, rozpadających się od setek rąk przez które się przewinęły, pełne bakterii, stanowiące zagrożenie dla pacjentów z ciężkimi chorobami leżących w domu. A poza tym- jak to wygląda? Rozpruwające się na każdym zagięciu pudełka z pogniecionymi instrukcjami obsługi na dnie do tego pogniecione, tysiąc razy krzywo kserowane tabelki do wpisywania wyników. Zapytałam Sekretarkę czy wyściubi 20 funtów Przychodni na dobry cel i dostałam fundusz. Pojechałam do Funciaka, kupiłam 20 plastikowych pojemników z pokrywkami na klipa i rączką do noszenia, przepakowałam aparaty, nadrukowałam więcej instrukcji do tego modelu ściągniętych z sieci, w większej czcionce dla starszych ludzi, napisałam nowe tabelki na wyniki plus zasady wynajmu urządzeń, założyłam nowy segregator gdzie każda maszynka ma swoją folijkę z numerkiem i tabelą kto i kiedy wynajmuje. Każda maszynka dostała laminowany numerek na dupce, na pudełku z każdej strony- wszystko czyste, zmywalne i porządne.

Ona dostała apopleksji mimo tego, że nie miała nic do gadania, ponieważ to Sekretarka dała błogosławieństwo i wszyscy pomysł przytulili do serca. A to rączka się pewnie oderwie a to nie wiadomo co. Musiała przełknąć.

Był w Przychodni taki "portfel", podejrzewam, że stary jak świat portfel do podawania rachunku w restauracji. Skaj lata temu się skruszył i pozostało tylko płótno, szare i obrzydliwie brudne od tysięcy, co tam- milionów razy kiedy był brany do ręki, żeby znaleźć pacjentowi receptę. Każdego dnia, co najmniej 10 osób przez ostatnie 22 lata.... FUJ. Ludzie podobno proponowali żeby wyrzucić starego flaka i zastąpić czymś nowym- NIE! Portfelik jest i jest cudnie. Do momentu kiedy nad obrzydliwością portfelika zaciążyła obrzydliwość Jej bałaganiarstwa- na portfelik wylała się w biurze pełna rurka sików do analizy. Nie widziałam tego ale jak się mogła wylać rurka sików w BIURZE, skoro żeby go przeanalizować bierze się je zwykle do pokoju pielęgniarek. Żółty jak szczyny koszyczek stoi koło kasy na którymś zdjęciu ale coś to się musiało wyrabiać, żeby zalać pół stołu sikami? W każdym razie- portfelik poszedł w śmieci, trzeba było wydrukować na nowo ze 100 recept- chaos i opóźnienia, jak powiada Tomek Lokomotywa.

Do dzisiaj płacze za portfelikiem i narzeka bo nowy folderek ma plastikowy guziczek i Ona "musi go otwierać za każdym razem. No koszmar!

- Nie warto tu czegokolwiek wymyślać od siebie, tutaj w cenie jest brak mózgu. Siedź, klikaj, rób z siebie małpę i będzie dobrze.- powiadają. Lecz praca w tym miejscu wymaga  ogromnej elastyczności i kreatywności bo każdy pacjent jest inny, każdy ma inne wymagania, dzwonią telefony z najróżniejszymi pytaniami i już wtedy nie ma czasu zastanawiać się nad odpowiedzią czy zwlekać z działaniem- działasz i już!

Tylko dlatego, że mam sporą wiedze medyczną bo od kiedy pamiętam kłułam misie strzykawkami, wyrosłam na serialach i filmach szpitalnych, w Liceum czytałam do poduszki "Internę dla szkół medycznych"- tylko dlatego przeskoczyłam fakt, że Ona nie powiedziała nam nigdy gdzie trafiają nasze próbki, jak długo spędzają w laboratorium, do kórego laboratorium trafiają, gdzie ich szukać i co dalej jak wynik zginie?

-Dziędobry, ja miałem wizytę u doktora Kości w zeszłym tygodniu, czekam na operacjękolana i doktor wyssał mi z kolana pół strzykawki płynku jakiegoś i chciałem się dowiedzieć jaki jest wynik.

Pfff, płyn widzę, że wyssał ale wyniku nie ma żadnego.  Obiecuję, że oddzwonię- pytam Onej co dalej? Oczywiście, że nie- odpowie zdawkowo, żebym zadzwoniła do laba (co jest oczywiste) a jak spytał o coś więcej, spojrzy na mnie jak na durnia więc marny trud a zdrowie mam jedno.
Siedzę- siedzę i patrzę a nad głową długa na dwa łokcie lista laboratoriów w trzech pobliskich szpitalach.
-Hematologia?- Nie, to płyn z kolana a nie krew.
-Biochemia?- nie, nikogo nie interesuje poziom potasu w płynku.
-Xray tym bardziej.
-CT i MRI też nie.
-Ogólny?- nie bardzo.
-Mikrobiologia? - a co to siki czy kałek?
-Patologia- o, to już coś. Płyn w kolanie to patologia, więc dzwonię.
BINGO. Jest, znalazłam, niosę.

-Co masz?
-Wynik płynu z kolana pana H.
-Pokaż. ... Zabiorę do go Kostki.

I już. Ona zadzwoniła, załatwiła, zgarnęła pochwałkę u Kostki- przecież się nie będę przepychać łokciami?

I tak dzień za dniem. Z czasem stało się bardziej osobiście.
-Ale bym coś zjadła słodkiego!- zamknięte popołudnie raz w miesiącu, w pokoju siedzi 5 osób w tym ja.
-Emeryt, zrzucisz się na czekoladki? Skanerka, daj coś do skarbonki, Rachela, Adaś- wrzucajcie, idę do sklepu.- O mnie ani słowa. Poszła, przyniosła torbę słodyczy, obdzieliła wszystkich prócz mnie.  Rachela, kiedy Ona nie widziała spytała szeptem:
-Chcesz coś?
-Dziękuję. /w dupę sobie wsadź czekoladkę i swoją odwagę./

I tak do zeszłego tygodnia.

Akurat doktor Kość siedział w biurze kiedy nie miałam kogo spytać czy szczepimy dzieci przeciew grypie, więc spytała jego. Szczepimy tylko te z przewlekłymi chorobami.
Chwilę potem, bukuję kolejne szczepienie i żartuję z pacjentem, że te wizyty są naprawdę króciutkie, 3 minutówki więc jak mówię, że ma tu być o 16:57 to radzę wziać to z rozwagą. Naśmialiśmy się, odłożyłam słuchawkę i zmiótł mnie postatomowy podmuch.
-Co!!! Mówisz pacjentom, że mają wizytę 3 minuty przezd 16:00 a jak będą opóxnienia...
-Tłumaczę im właśnie, że mogą być oóźnienia byb wręcz przeciwnie bo to nie są 10 minutówe...
-Co! Pacjent przyjdzie i co!!
-Nic, wszyscy wiedzą, że ...
-MY TAK BUKUJEMY OD 18 LAT!!
/wkurwiłam się/
-A ja nie wiem jak bhukujecie bo to moja pierwsza jesień a ty nawet nie powiedziałaś ani kto ani co, od dwóch tygodni bukujemy grypę a ty mi TERAZ przychodzisz...
-CO!!! To się spytaj!
-O co mam się spytać jak ty nic nie mówisz! Tak samo jak od dwóch tygodni organizujemy ten rządowy projekt opieki, ludzie dzwonią chcą się czegoś dowiedzieć a my nic nie wiemy!! Sekretarka nic nie wie, Kasia nic nie wie- wiedzą wybrani a jak coś to skąd się mamy dowiedzieć??
/zrobiło się głośno/
Odwróciła się, wzieła z lady ulotkę informacyjną o grypie dla pacjentów, rzuciła ze złością w moim kierunku i krzyknęła:
-Przeczytaj sobie!

Ulotką? Dla pacjenta? A co tu jest napisane o bukowaniu, o tym jak to wygląda z naszej strony? Ulotką?

/ w twarz? W TWARZ??/ - kłania się "Brunet wieczorową porą"

Osz ty w mordę misia ludojada Ty mendo ty!

Jeszcze tego samego wieczoru, bo zostałam na długi dużur, nie omieszkałam opowiedzieć o wszystkim Kostce, a nawet uroniłam łzę i to bynajmniej nie na siłę. Bardzo poważnie, podparty z boku opinią Szarej Eminencji powiedział:
-To nie jest pierwszy raz. Nie chcemy być "złymi pracodawcami" dlatego masz iść dziś do domu, usiąść i wszystko opisać. Ma to się znaleźć na moim biurku jutro. Tylko tak będę mógł coś z tym zrobić.

Wróciłam do domu, przemyślałam, zrobiłam szkic. Na drugi dzień rano poszłam do Menadżera, zapytałam się czy Ona była się na mnie poskarżyć bo Szarej Eminencji wydawało się, że zaraz po tym jak Ona zorientowała się, że krzyczy na całe biuro, wyszła i zniknęła na dłuższą chwilę. Okazało się, że nie, nie poszła się poskarżyć /bo i na kogo, na siebie?/, Menadżer podsunał krzesełko, chusteczkę, /zużyłam tylko jedną/, i kazał wszystko opowiedzieć. Potem zadał mi kilka dodatkowych pytań, poza nagraniem, na które odpowiedziałam szczerze i dokładnie tak jak jego i innych opinia w tym względzie wygąda:
-Czy kiedy Jej nie ma, jest na urlopie- czy jest jakaś róznica? I jeśli tak to jaka?
-Jest- zasadnicza- żadna. Nie ma żadnej różnicy w pracy kiedy jej nie ma. Kiedy nie ma Skanerki, robota wali się na głowę bo nikt inny nie umie tego co ona. Kiedy nie ma Sekretarki, ludzie obdzwaniają nas i świat się trzęsie w posadach. Kiedy nie ma Pielęgniarek, nie wiadomo jak się ratować. Kiedy nie ma Jej- nic nam nie brakuje. Nic. Nie ma żadnej różnicy, bo Ona nic nie robi.
-Dziękuję, to właśnie chciałem usłyszeć. Mogę tylko teraz powiedzieć że to jak już wiesz nie jest Jej pierwszy raz ale jak cię mogę zapewnić- ostatni. Dość tego.

Jeszcze pogadaliśmy, w poniedziałek złożyłam swoją opowieść w dwóch kopiach na odpowiednich biurkach i czekamy. Wszyscy czekają choć tylko 1 osoba prócz Góry wie, że pismo zostało złożone.

I tak obudziła Smoka.



niedziela, 14 września 2014

Z ostatniej chwili

WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI NADAWANA BEZPOŚREDNIO Z KANAŁU BBC

Niezależne agencje prasowe podają informację, że Kokain zdecydowała się podjąć kroki dyscyplinarne względem Onej i przygotowuje swoje expose, któe ma złożyć na ręce wyższych organów ścigania.

"Obudziła Smoka, obudziła smoka powiadam wam"- powiedziała Kokain dziennikarzom kiedy wsiadała na rower za budynkiem Przychodni gdzie od trzech tygodni, w krzakach czaili się nasi korspondenci.

Z tego co dowiedzieliśmy się z nieoficjalnych źródeł, Ona "przegieła pałę" i sprawa trafiła na wyższe instancje, które nalegają aby Kokain zażądała oficjalnego postępowanie. Świadek, pragnący pozostać anonimowy powiedział nam:
-To zdecydowanie nie pierwszy raz ale tym razem- ostatni.

Będziemy starać się informować Państwa na bierząco a teraz zapraszamy na Prognozę Pogody.














..../ilu z Was zanuciło skoczną melodyjkę sprzed lat?/ :D

czwartek, 11 września 2014

Uroków biurowych przepychanek część I

A więc zaczęło się kilka tygodni po naszym zatrudnieniu. Na początku całe w ochach i achach nas Nią- która wie wszystko o wszystkich pacjentach, angażuje się, zna się, orientuje, rzuca informacjami jak z rękawa i lawiruje w zawiłościach systemu jak łyżwiarka figurowa! Boski obraz w złotej ramie.

W tym czasie Panikara uczyła fachu Dziewczęcie a Hipiska mnie. Trudno co prawda przecenić jakość szkolenia po byciu instruktorem pracy w takim molochu jak AmRest czy po szkoleniach w Tesco ale myślałam wtedy, że w końcu, dzielą się z nami pełną wiedzy i dużo się uczymy- ergo- jest OK. Do tego czasu Ona wcinała się rzadko, my często pytałyśmy ją o wskazówki i jakoś z łatwością przełykałam wtedy fakt, że jej "nauki" były cienkie jak zupa na zielonym groszku. Ciągle miała wrażenie, że "szkolenie" zacznie się za dzień czy dwa, póki nie zdałam sobie sprawy, że te właśnie popłuczyny to wszystko na co można liczyć.



A Ona zaczęła gwiazdować i objawiało się to protekcjonalnym tonem i operowaniem żargonem i skrótami co pozostawiało nas obie z Dziewczęciem z otwartymi buziami kiedy odchodziła w blasku samo zaaplikowanej dawki chwały:
-Zładuj to ze spajna bo ci odrzuci regi, słoneczko.

Nie pozostawało nic innego jak szepnąć w plecy Hipiski:
-Ratuj kobieto, co to jest spajn i regi i kiedy co może wybuchnąć??- Cierpliwość Hipiski nie miała końca. Chwaliła mnie za szybkie postępy, dawała coraz więcej pola do sprawdzenia czy nauka nie poszła w las i pozwoliła odebrać pierwszy telefon już na drugi dzień co zrobiłam z sercem w gaciach ale po wszystkim obwieściła:
-Patrzcie! Poszło jej jak babie piwo!

Chyba wtedy zaczęły się kłopoty których nie widziałam bardzo długo. Za szybko przestałyśmy z Dziewczęciem polegać na Niej i za szybko stałyśmy się samodzielne.
Na pytanie o to jak np. załatwiać kwestie recept bezpłatnych w których pacjent ma do zaznaczenia jedną z 11 opcji usłyszałyśmy np:
-Och, no to zależy. Nic tu nie jest jak w podręczniku kochane. Zależy.
Po kolejnej takiej odpowiedzi- przestałyśmy pytać bo po co?

Dzisiaj podejrzewam, że to Jej naturalny odruch obronny- każdy, kto będzie wiedział za dużo będzie stanowił zagrożenie dla jej pozycji a więc należy za wszelką cenę trzymać nam łby pod wodą i dawać oddychać tylko sporadycznie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam po co jej taki mechanizm ale szybko wyszło szydło z wora.

Zauważyłam, że część recepcji w której rezyduje Ona, Skanerka i Szara Eminencja podłogi, półki, plastikowe kontenery i kartony załadowane są pod korek archiwami pacjentów. Na dziesiątki i setki. Upchane karty, jedna małe, inne w teczkach piętrzyły się i zjeżdżały lawinami na podłogę za każdym razem gdy trzeba było dostać się do jakieś szuflady. Spytałam więc i dostałam od Panikary odpowiedź:
-To Jej robota. Stoi to tak od dwóch lat bo zamiast coś robić, siedzi cały dzień za biurkiem, żre żelki i nawija. Już dostała kilka upomnień od Doktorów bo kiedy szukają archiwów pacjentów, nawet dwa lata po dołączeniu do Przychodni ich akta są nadal Bóg wie gdzie. Już od roku płaca jej nadgodziny a ona tego nadal nie robi. To skandal. Ktoś może mieć jakieś schorzenie albo ważna historię choroby ale Doktor tego nie wie bo jego czy jej papiery siedzą w dupie!

Okazało się, że to Wielkie Auć i wszyscy tylko kręcą głowami a Jej otoczenie wygląda tak:

Kocie żarcie, sos czosnkowy, batoniki, puste paczki po żelkach, czasem probówki z pobraną krwią, śmieci, worki... a chaos rozpełza się po całej reszcie otoczenia, które pod jej 18 latach rządów wygląda jak hałda śmieci podczas kiedy wszyscy narzekają na brak miejsca na wszystko. Puste foldery lecą na głowę, wszystko leci wszędzie, butla z tlenem, w szufladzie z próbkami na mocz jest maska do sztucznego oddychania, nie ma apteczki, szuflada z korespondencją pacjentów stoi oparta o starą skrzynkę po mleku bo szufladzie odpadła noga lata temu. A szuflada jest metalowa i w pytę ciężka więc jak komuś kiedyś spadnie na nogę...

Od frontu, dziura do recepcji wygląda nawet profesjonalnie ale gdyby pacjenci mogli pobiegać po kuchni podejrzewam, że straciliby trochę
zaufania do kompetencji osób zatrudnionych. Skoro można pracować na śmietnisku to pewnie i praca przypomina wysypisko...

Przyzwyczaiłam się, chociaż jak widać, nie omieszkałam uwiecznić.

Na trzecim zdjęciu widać w dole w skrzynkach akta pacjentów i wracam do tematu. Zasada jest taka, że kiedy pacjent przeprowadza się a Anglicy robią to w ramach hobby, rejestrując się w nowej przychodni dają jednocześnie znać starej, że od tego momentu nie są już pacjentami starego lekarza ale nowego. rzecz dzieje się automatycznie i akta wyciągnięte z półki w przychodni A leca pocztą wewnętrzną na półkę przychodni B. Problem polega na tym, że komputeryzacja ma miejsce od max 10 lat i większość notatek jest nadal na papierze. Nawet jeśli pacjent urodził się w czasach komputeryzacji, przychodnie nie są w sieci informacyjnej, więc wszystko co w komputerze przychodni A trzeba wydrukować czyli zamienić w wersję analogową i wepchnąć w kopertę. W przychodni B już nigdy te notatki nie znajda się w komputerze ale wylądują poskładane w kosteczkę na zakurzonej półce.

I tu właśnie Jej zadanie, główne jak wynika z opowieści- Sumaryzacja. Do niej należy odpakowanie notatek, przejrzenie wszystkich świstków, wprowadzenie wszystkich info od szczepień po mało istotne dolegliwości i poważne choroby. W ten sposób lekarz widzi na ekranie, że pacjent miał w 1999 roku wymianę kolana, prosi o notatki z półki i tam już sobie znajduje szczegóły...




Otóż nie znajduje bo akta pacjentów leża nietknięte pod stołem, nawet dwa lata bo widzę tam cała rodzinę Samotnej na Benefitach a ona  wprowadziła się do Wólki jesienią 2012. W pewnym momencie, Lekarze stracili cierpliwość i kazali Jej uporać się z tym jak najszybciej bo takie "niedociągnięcie" w najlepszym razie kradnie czas, w najgorszym może ukraść komuś życie. Stwierdziła, że to zajmuje czas a ona jest bardzo zajęta w ciągu dnia więc władze zgodziły się płacić jej nadgodziny. To było tak dawno temu, że już nikt nie pamięta, że Ona dostaje extra za sumaryzację... która nadal stoi w miejscu. W tym roku wynajęli profesjonalną panią z NHS, która wpada w piątki i potrafi zsumaryzować 30 osób dziennie. Góra jednak nie topnieje bo jest tego za dużo.

 Co więc robi Ona od 8:00 rano do 18:00? Lata temu, kiedy pracowałam w swojej pierwszej firmie mieliśmy taką panią Halinkę. Ona szeleściła workiem. Brała duży worek foliowy, szła za półki i szeleściła. Szef słyszał, że praca się dzieje, pani Halinka rozpakowuje towar a pani Halinka szeleściła. Generalnie nosiła ten worek wszędzie i a to miała w nim jakieś śmioty i wyglądało na to, że sprząta albo Bóg jeden tylko wiedział co.

Ona szeleści. Cała sobą. Mówi głośno i dużo, więc wydaje się, że z sensem, wieki cale rozmawia z pacentami przy okienku lub przez telefon, udając Customer Care a w rzeczywistości zabijając czas. Który musi się bardzo dłużyć. Ktoś wyszkolił ją lata temu w pobieraniu krwi, więc traktuje to jak łaskę boską z jej strony i żeby podbudować sobie ego, średnio raz dziennie wygląda to tak: próbuję znaleźć termin na badanie krwi dla pacjenta. Ale on nie może w czwartki rano, środy w ciągu dnia, poniedziałek odpada a środa tylko po 16:00. Ale badanie musi mieć w tym tygodniu bo czuje, że Kostucha czyha. Nie ma w kalendarzu wizyt nic co pasuje panu pod krawatem, nie widzę w rumianych policzkach odbicia Kostuchy czającej się w okolicy. Pan jest bardzo zajęty, kończą się pomysły. Wzdycham bo wiem jak to będzie dalej wyglądało. Nie wolno poprosić Jej o pobranie krwi bo to świętokradztwo. Procedura musi być okraszona obchodami dziękczynnymi:
-Ona, mam tu pana który potrzebuje dać krew i nie możemy się dopasować.
Ona wznosi się z krzesełka i idzie pchając przed sobą falę boskiej łaski:
-Pokaż.... o..... no rzeczywiście.....- patrzy na Pana jakby zastanawiała się czy otworzyć dla niego przychodnię w sobotę. Jakby TAK BARDZO chciała pomóc, że aż puszczają jej zwieracze, drapie się po brodzie, przestępuje z nogi na nogę..... tak bardzo...
-Dobszzzz.... Pan wejdzie do pokoiku, zrobimy to od razu.
-OD RAZU?
-Taaaaak, ja Panu pobiooooorę, będziemy mieli to z głooooowy.
-Jest pani cudowna! Jak mam dziękować???

/nie dziękuj pan, gdyby nie pan żarłaby żelki przez następne 10 minut/

Odpływa w blasku chwały, zarzuca na grzbiet fartuszek w paski i idzie głosić dobrą nowinę zostawiając cię w poczuciu "niespełnionego" obowiązku i utrudniania opieki medycznej.

-Naprawdę niepotrzeba, cały zaszczyt po mojej stronie!
-Dziękuję, do widzenia, miłego dnia!
-Paaa!

Wrzuca próbkę do wora laboratoryjnego z miną jaką się ma przy wyrzucaniu do śmieci ogryzka, klapie na fotel i wkłada rękę do paczki z żelkami. Przez ten czas opadł jej we krwi poziom żelatyny.

Ten sam motyw przewija się dziennie wiele razy i na wiele sposobów.

A więc co już wiemy: cierpi na przerost ego, pławi się we własnej zupie zaszczytów, marnuje czas i pieniądze przychodni, naraża pacjentów na szwank lub zaniedbania.

Szkolenie. Jej wizja szkolenia to coś jak to co Anglicy nazywają "Tough Love", tylko do tego trzeba kogoś kochać a przynajmniej szanować, robić to w trosce o daną osobę wiedząc, że wyjdzie jej na zdrowie. Jej Tough Love służy tylko do wystawienia ofiary na światło dzienne i gołym tyłkiem wypiętym wysoko, do klepania.

-Jak nie wiesz to pytaj.

 To jest jej szkolenie.

.
.
.

A co jak człowiek nie wie, że istnieje pytanie? To nie ważne- ważna jest czynność pytania w czasie której:
-Ona, potrzebuję porady/pomocy/dowiedzieć się czegoś!
Otwierają się niebiosa, w dół alabastrowych schodów spływają miękkie chmury, rozlega się niebiańska muzyka na trąbach i głos:
 -Słóóóóóóócham?
 .
.
.
Tylko o to chodzi, bo odpowiedź jest nieważna. Rzuci ogryzkiem odpowiedzi np.:
-Tu nic nie podlega regułom, to praca która nie ma instrukcji obsługi.
-No dobra ale jakieś wskazówki?
-Tak i nie albo kto to wie.

Odwracasz się i robisz jak ci rozsądek podpowiada.

W tym momencie, Niebiosa się zamykają, podłoga się rozstępuje, dywan ucieka spod nóg i wpadasz w piekielną lawę. Ona zdążyła się przebrać. Na czerwono.
-Co ty robisz? Tak się nie robi!! Zawsze mówię: zapytaj!!!
-Przecież zapytałam!
-JA TU 18 LAT PRACUJĘ!! KAŻDY PRZYPADEK JEST INNY!!


Kurczysz się w sobie, marszczą ci się opuszki palców i chowasz się w mysią norkę nic nie rozumiejąc. Hipiska pociesza:
-Nie martw się, ona tak zawsze, kiedyś jej przejdzie.
-KIEDY?
-...Za jakieś dwa lata? Może krócej...
-Co??
-No, na mnie wrzeszczała rok, drugi rok mnie ignorowała, zaczęła się odzywać kiedy przyszła Panikara i na niej się skupiło. Panikarę ignorowała do stycznia kiedy wy przyszłyście.



W chwili obecnej jestem w fazie "Totalny ignor z elementami sporadycznego opierdolu".

Ale nie przyszło to łatwo. Kiedy jeszcze myślałam, czy raczej miałam nadzieję, że okrutne obietnice Menadżera mają jakieś przełożenie na rzeczywistość, zaproponowałam rozwiązanie upierdliwego problemu i jak zasłona dymna, Ona pozwoliła mi wprowadzić rozwiązanie tylko po to, żeby je potem rozmazać po ścianie jak kupę w dworcowej toalecie. Jej pech polega na tym, że pomysł wcielił się sam i po 10 miesiącach niewiele już może zmienić. A było to tak:

Kiedy zgłasza się nowy pacjent, świeżo po wyprowadzce do rejonu, przychodzi się zarejestrować. Kiedy przyszłam do Przychodni, od lat było tak samo: osoba na recepcji szła do metalowych szuflad i mozolnie wybierała z 11 szuflad po kartce z 11 formularzami do wypełnienia, x3 jeśli rejestrowała się 3 osobowa rodzina, pakowała te pliki w foliowe koszuli sztuk 3 i dawała pacjentowi do wypełnienia i zwrócenia. Ponieważ nie powiedziała jakie formularze wchodzą w skład paczki pierwsze, drugie, trzecie zderzenie z problemem zaczęło mnie wkurzać. Spytałam czy można po prostu połączyć formularze w paczki na zapas, żeby nie szarpać się z tymi papierami kiedy liczy się czas.
-..... można. -/aaaalelujah!/

A więc nadrukowałam formularzy i zaczęłam robić paczki. Problem: zabrakło podłogi, żeby układać kupki na które kładło się kolejne strony. Poszłam po rozum do głowy i wymyśliłam, że można z tych dokumentów zrobić jeden duży dokument, który będzie zawierał wszystkie formularze w postaci ponumerowanych stron, z nagłówkiem, spisem zawartości. Do wydrukowania w dowolnej ilości z komputera.
-...........można -/aaaalelujah!/

Usiadłam do Worda, zdobyłam z sieci brakujące formularze, doprosiłam Managera o inne brakujące strony do paczki, dołączyłam do tego adres emailowy do zamawiania leków, daty zamknięcia przychodni w ciągu roku i wyszedł śliczny dokument gotowy do druku na żądanie. Wszyscy podziwiali, każdy dziwił się dlaczego wcześniej nie... Podoba się?
-...............................podoba. -/aaaaalelujah!/

Do następnego tygodnia, na co Ona tylko czekała. Akurat dawała pacentom nowe paczki, kiedy zauważyła, że brakuje jednego formularza. Skoro nie pomogła przy jego powstawaniu, co się dziwić,m że czegoś zabrakło, tym bardziej, że z długopisem w ręku zapisałam wszystkie strony jakie powinny się w nim zawrzeć i po przeczytaniu dostałam od niej błogosławieństwo...

-To się do niczego nie nadaje.- mówiła na głos, szamocząc się ze stronami.- W kubeł, wszystko w kubeł. NIE WIEM KTO TO TAK NADRUKOWAŁ ALE WSZYSTKO JEST ŹLE.
Teatralnie włożyła wszystko w kubeł i poszła dziergać paczki ręcznie, z szuflad.

Po chwili poszłam bezczelnie spytać co jest źle.
-Brakuje formularza do wydawania leków!!!
-Oh, wystarczy dołożyć do dokumentu, zaraz to zrobię. i dodrukuję tą stronę do ... tych paczek, które leżą w koszu.

Ta sama sytuacja miała miejsce jeszcze kilka razy, za każdym razem udając, że nie wie kto to wydrukował. Ma w zwyczaju mówić o ludziach, w ich obecności, nie wypowiadając ich imienia, opierdalając bez nazywania.

Po miesiącu paczka przybrała stan skupienia idealny a po kilku miesiącach nie tylko nie mamy już w szufladach starych kartek ale na dodatek, nikt się nie pierdzieli i kiedy brakuje paczek, czekają na mnie aż wydrukuję dokument w 30 egzemplarzach, na zapas. Bo oszczędza czas i nie wkurwia.

Przegrała. Nie sądziłam, że o coś się ścigamy dopóki nie zauważyłam, że przegrała.

Potem było już tylko z górki.

W pierwszym tygodniu sama zapytała Menadżera czy mogę jeść lunch o 13:00 razem ze wszystkimi bo ona sama kiedyś pracowała te godziny i wie jak trudno jest bez lunchu do 19:00 jeśli zaczyna się kilka godzin po śniadaniu. Menadżer stwierdził, że nie ma problemu, co to za pytanie. Służyło to tylko temu, żebym wiedziała jaka jest cudowna w tej dokładnie chwili bo już w ciągu kilku dni przekonałam się, że miała to w dupie.

Jem śniadanie z dziećmi o 8:00. Wychodzę z domu o 12:30, nie mam już czasu jeść nic więcej bo w międzyczasie muszę wstawić obiad, posprzątać, odebrać Gabiego. O 13:00 wszyscy wychodzą na trawkę za budynek jeść lunch... a ja zostaję sama w biurze i odbieram telefony, pocztę, sortuję listy, pakuję próbki do laboratorium itp. Kiedy wszyscy wracają z lunchu, nie ma już czasu nic jeść bo zaczynają się wizyty i co 10 minut stuka do okienka 5 pacjentów. Kiedy przychodzi Hipiska o 15:00 mam dużo spraw do załatwienia i dopiero ok 16:30 robi się spokój. Przez kilka miesięcy wymykałam się za zgodą Hipiski do kuchni, żeby zjeść chińską zupkę, na stojąco, w 3 minuty.

W końcu cierpliwość Onej się skończyła i dowiedziałam się, że:
-Jak będę tak sobie jadła kiedy chcę to zaraz wszyscy będą chcieli sobie robić lunch kiedy chcą.
-Ale ja nie mogę jeść o 13:00 bo żebyście wy mogli zjeść, ja muszę być w biurze. Kiedy kończycie zaczyna się ruch. W ten sposób jestem bez jedzenia od 8:00 rano do 19:00. 11godzin bez jedzenia?

Dodam, że nie przysługuje mi żadna przerwa chociaż pracuję 5,5h więc wydaje mi się, że powinnam mieć 15 minut, tym bardziej, że Dziewusia ucina sobie przerwkę na fajkę kiedy tylko przychodzę do pracy i nikt nie ma jej za złe.

Nie u już. Kiedy biorę zupkę do biura, kręci nosem i nie pozwala bo pacjenci widzą, że jem. Wokół mnie, na krzesełkach zebranych z całego budynku siedzą i jedzą pielęgniarki i apteka ale moja zupka kłuje w oczy. One sobie robią wiktuały z Co-opa a ja wpierdalam na stojąco wrzące kluski z wodą w której jeszcze nie rozpuściła się sól z przyprawami.

CDN











środa, 10 września 2014

Personae dramatu wersja 2.0 bo pierwsza była niewyczerpująca

Od 8 miesięcy chodzę do pracy z przyjemnością graniczącą z euforią. Nie wiem jak wysoko latałabym gdyby nie czynniki dociążające. :)

Uwielbiam swoją pracę. Zwykle mój umysł czepia się jakiejś bzdury jak zapach czy dźwięk od którego mam spięcia na złączach i powoduje to, że przestaję lubić jakieś miejsce. W Pizza Hut to był zapach kubła, paprochy na podłodze na kuchni, które jeszcze godzinę temu przypominały ser a teraz już tylko gumę do żucia obtoczoną w ziemi doniczkowej. W Tesco drażnił mnie zapach w chłodni z mięsem, zimno na dziale przez które musiałam chodzić cały rok ubrana jak Święty Mikołaj. Na kasie drażnił mnie ludzki zapach z gąb lub zapach stęchlizny z toreb zakupowych wielokrotnego użytku. Drażnił mnie wolny komputer, popsuta drukarka, która co chwila pożerała rachunek albo robiła z niego harmonijkę i żadne tłumaczenia nie doprowadziły mnie nigdy bliżej do zmiany drukarki. Drażnił mnie fakt, że musiałam błagać o siusiu....

Teraz nie drażni mnie NIC. Nawet bałagan jaki panuje w biurze też mnie nie drażni. Zapachy mnie nie drażnią, dźwięki... nic. Żyję w nirvanie sensorycznej.

Co prawda na słuchawce czuję jakość oddechu Ch., która niezbyt często używa szczoteczki. Czuję jeszcze 2h po jej wyjściu ile razy spsikała się Muskiem na swoje spocone ubranie... Nie drażni mnie. Fakt pozostaje faktem ale nie wyciska mi łez z oczu.

NIC- nie znaczy jednak NIKT.

Euforia usprawiedliwia wszytsko i pompuje hormony szczęścia w moim mózgu na wiadra ale coraz bliżej jestem chwili w której:
*wybuchnę jak pastylka plutonem;
*wybuchnę płaczem jak stara raszpla w okresie menopauzy;
*pójdę na skargę, zupełnie bezcelową;
*wyjdę, siądę na trawie za budynkiem i zacznę śpiewać.

Człowiekowi nie ma prawa być tak dobrze, więc coś musi przypominać o urokach łez padołu. Na rozmowie kwalifikacyjnej, M. chwalił swój Zespół jako rodzinny, poświęcony pracy, ciężko pracujący na sukces Przychodni i dobrą opiekę medyczną pacjentów. Prawie wszystko w tym się zgadzało. Jeden element jednak nie. Problem z tym, że element ten jest fundamentem całej konstrukcji a skoro on szwankuje...

Rodzinny Zespół.  W sumie- nie nie minął się z prawdą, paradoksalnie był w 100% szczery bo dokładnie tego można się spodziewać po Zespole każdego dnia- rodzinnej atmosfery w której połowa się nie toleruje ale całuje, druga połowa nie wie o co chodzi, ktoś się czuje pokrzywdzony, ktoś krzywdzi, któś zapomina, inny pamięta wszystko. Na zdjęciu- szeroki uśmiech, w kieszeniach sztywnie wyprostowane środkowe palce.

Ponieważ zapowiada się dłuższa elegia a o tym jeszcze nie pisałam, zacznę tradycyjnie u Kokainki, osobami dramatu: ( z góry uprzedzam, że obsada jak w brazylijskiej telenoweli).

Zaczynając od góry hierarchii:

Dr Kość- główny właściciel, John Cleese z maniery i wyglądu, bez wąsa jednakże, były lekarz wojskowy, brzytwa w poglądach i poczuciu humoru. Ma na wyposażeniu żonę byłą pielęgniarkę, cztery auta i stuka obcasami kiedy wita pacjentów.

Dr Kulka- drugi po Bogu, mały, okrągły, pucaty, zero manier ale dobry warsztat. Potrafi zarzucić buciora na brzeg biurka przy którym siedzisz, żeby zawiązać sznurówkę, wyciągnąć sobie bokserki spomiędzy półdupków albo wsadzić palec do nosa i obejrzeć co się przykleiło. Ale jeśli masz astmę lub cukrzycę- chcesz, żeby się tobą zajął bo ma łeb jak sklep.

Dr Afryka- dama z mojego rocznika, niska, chuda, z afrykanerskim akcentem po dziadkach, kujon w szkole medycznej, mało serca do zawodu. Wścieka się na pacjentów, którzy mają czelność wejść z ulicy z bólem części żywotnych i piszczeć: "Czy ja wyglądam jak klinika wolnego dostępu??". Kiedy ma dyżur, odsyła wszystkich do diabła i nie lubi wizyt domowych, bo musi "dotykać domów innych ludzi".

Dr Pszczółka- słodka, młodziutka dziewusia, serce jak wiadro, zawsze uśmiechnięta, walą do niej pacjenci z "problemami". Radośnie wypisuje recepty na antydepresanty i zwolnienia lekarskie na pół roku, wszywa implanty, wkłada wtyczki i zatyczki i słuchania niekończących się tyrad pacentów z Syndromem Twardego Życia. Pacjenci nie chcą wychodzić przez to ciągle ma opóźnienia.

Dr Indie- najlepiej wykształcony z całej paczki, utalentowany neurochirurg, który swego czasu żonglował mózgami i czynił cuda, teraz w wiejskiej przychodni spełnia się jako Prawdziwy Lekarz i nie ma tu nic z przesady. Zbada każdego, zawsze. Nieśmiały, zagubiony jako jedyny emigrant w zespole (do czasu kiedy ja nastałam), wielu pacjentów go nie lubi bo ma uprzedzenia rasowe. Doskonała etyka lekarska z Indii. Kidyś sama na niego narzekałam, teraz biorę do niego Rodzicielkę i biję się w piersi.

Menadżer- pan przed emeryturą, elokwentny, inteligentny, dowcipny ale już pachnie mu spokojem świętym więc na większość spraw kładzie przysłowiową laskę. Na problemy ma receptę łatwą. prostą i przyjemną- barykaduje się w swoim pokoju i wychodzi z niego 3x dziennie dorobić herbaty z mlekiem. Na hasło o pomoc zwykł odpowiadać: "Już sobie swojej małej główki tym nie zaprzątaj". Obiecuje i nie spełnia obietnic, nie ma pojęcia co się dzieje w jego zespole a na koniec dnia stwierdza: "Przeżyłem."

Sekretarka- nie określenie Was nie myli- nie robi kawy ani nie dokłada papieru do drukarki- to ręce, uszy i oczy Doktorów. Siedzi w biurze, zawiaduje skierowaniami, kontaktuje się z Sekretarkami innych szpitali, klepie listy i historie chorób- bardzo ważna dama, choć przypomina mi moją Ciotkę, która nie ma ciepłego miejsca w moim sercu. Staram się jednak. Nienawidzi Onej, wsadziła jej kiedyś gila do kawy. Czasami zastanawiam się czy nie pasuje do niej określenie "infantylna" bo jak wejdzie na częstotliwość nie wiadomo czy rozmawiam z dzieckiem czy z osobą dorosłą: zdrabnia, pieści się, popiskuje, rozpływa się a to nad zdjęciami swojej roślinki w ogrodzie, starym zdjęciem syna, który ma już 16 lat- wypada nagle z pokoju, wchodzi do głównej sali z pogniecionym szczątkiem zdjęcia i mówi: "Mój synek nie jest już taki malutki, patrz jak wyrósł. To zdjęcie sprzed 7 lat a teraz jest beznadzienie bezużyteczny... taki słodziuś..." I wraca do siebie. Może to menopauza?

Kasia i Adaś czyli dodatkowe ręce Sekretarki- ubezpieczenia, kontakt z głównym Rejestrem kraju, zgony, badania dla zakładów pracy. Kasia nienawidzi Onej, przeszła piekło klasycznego bullyingu, przepłakała noce i dnie, zaczęła się jąkać.Dorosła kobieta, trójka dzici z czego jedno adoptowane bo z mężem są cudownymi ludźmi i dała się sponiewierać do poziomu dżdżownicy w kałuży. Ktoś ją w końcu awansował i od tego czasu Ona nie podskakuje, bo teoretycznie są sobie równe.
Adaś ma swoje problemy- od zimy przechodzi 3 fazę chemioterapii na Hodgkins'a i niewiele go interesuje. Ot taki cichy, spokojny, uprzejmy koleś w wielkiej kurcie i czapce na głowie, która przykrywa łysinę. W pełnej remisji.

ONA- starsza recepcjonistka- właściwie można to czytać jak: suka, wredna baba, pinda, złośliwa menda ale pozostawmy to wyobraźni. O niej będzie najwięcej jak się łatwo domyślić. 43 na karku, 18 lat w Przychodni, leniwa baba, która bierze kasę za praktycznie Nic, pobiera krew co w jej mniemaniu stawia ją za równi z lekarzami. Nawet beczka z toluenem na dnie Atlantyku nie jest tak toksyczna jak Ona. Znacie ten dziwny odruch, który mają starzy pracownicy na widok nowych żółtodziobów? Chodzi o trzaskanie drzwiami, mówienie za głośno, sławienie swojej wielkości i manifestowanie władzy na każdym kroku? Ona ma to nieustannie. Ale będzie o niej więcej już jutro.

Szara Eminencja- próbowała być managerem biura ale poddała się po 2 miesiącach, zna Przychodnię na pamięć, mówi co myśli, redukuje obecność w pracy do minimum bo poświęca się życiu singielka po 40tce. Ma o Onej zdanie żałosne ale jest zbyt inteligentna i zbyt Szara Eminencja żeby Ona śmiała ją ruszyć. Ma coś z autystyka lub przynajmniej z Aspergera bo ma fikusa na różne tematy- nie dotyka nikogo, dotyk gąbki wywołuje u niej atak paniki, ma problemy z kontrolowaniem apetytu ale nieustannie napycha się gotowymi posiłkami Tesco Value. Ale jest miła na swój sposób i w swojej dziwności jest chyba najbardziej konkretną osobą w budynku pomijając Kość.

Jasia- moja mentorka, recepcjonistka z 8 letnim stażem, hipiska z wykształcenia, pod 60kę, dusza człowiek. Gardzi Nią ale się boi i siedzi cicho. Mieszka na łodzi na kanale Cherwell, ma dom w którym nie ma sypialni więc nocuje z mężem na łodzi a gotuje w kuchni na lądzie. Skomplikowane, wiem. Nauczyła się lawirować i unikać spięć ale raz widziałam jak puściły jej zamki, co dowodzi, że nie jest zrobiona z szafiru. Uwielbiam ją pasjami.

Skanerka- również pod 60ke, dusza człowiek, wrażliwa i tchórzliwa, na dźwięk problemu... baaardzo powoli wsuuuwa głowę w piaaaaasek. Cudowna kobieta. Kręci głową na Nią i siedzi cicho.

Panikara- kolejna recepcjonistka z rannej zmiany- boszzzz... wszystko jest problemem, wyrzuciła mój kubek bo miał małego chipa i "KTOŚ MÓGŁ SIĘ SKALECZYĆ". Nie ważne, że to mój kubek, jest dla mnie ważny, tylko ja go używam, tylko ja go myję i trzymam na boku. Wyrzuciła. Świat dla niej to ledwie widoczna ścieżka znikająca w ciemnym lesie niebezpieczeństw. Gardzi Nią i Menadżerem. Nie może przyzwyczaić się do braku zasad w Przychodni bo pracowała wcześniej w innej i tam nawet pięrdnięcie miało swoje miejsce w folderze na półce. Jest mało kreatywna i bardzo zachowawcza.

Dziewczę- wyżej wymieniona Ch.- lat 20, hipiska podrzędnej jakości, nie myje się, nie czesze się, odklejają jej się sztuczne rzęsy, jest niedbała, rozfetana i obsypuje wszystko sypkim tytoniem do fajek. Za 10 odlatuje do Australii. Robi błędy od których Dr Kość dostaje spazmów i wrzeszczy na nią a Ona dokłada swoje. W południe jednak, niezależnie od wielkości dupy jaką dała, Ona odwozi ją do domu jak czekoladkę w celofanie.

Ja, czyli Kokain- przyjęta razem z Dziewczęciem i Szyjką (o niej zaraz)- dno hierarchii.

Teraz Apteka:

Szyjka- przyjęta w fanfarach, pani po 40tce,  kilka miesięcy wcześniej przeszła operację kręgosłupa szyjnego ratującą życie, więc szybko zdaliśmy sobie sprawę, że Menadżer coś trochę nie pomyślał. Usztywniona śrubami ruszała się tylko od pasa w dół i dookoła, więc daleko jej było do półek z lekami metr nad głową. Osoba toksyczna w obyciu, poleciała z wielkim hukiem miesiąc temu. O niej też będzie dużo.

Rachela- blisko 2 metry wzrostu, głos jak z tuby metra, powolna, niesympatyczna osoba, faworyzująca jednych, kompletnie ignorująca innych. Na początku składałam winę na zbliżającą się operację tarczycy i możliwy stres ale operacja była, minęła a ona nadal jest jak góra lodowa.

Malutka- pielęgniarka i aptekarka, za 2 miesiące na emeryturę. Niby drobniutka i słodziutka ale wciąż węszę podstęp w całej tej słodkości.

Prawie Emeryt, odchodzi razem z Malutką, wchodzi, robi swoje i idzie do domu. Gardzi Nią ale ma wyjechane na wszystko do tego stopnia, że nawet nie chce mu się o tym rozmawiać.

Wieża- szwagierka Racheli. Podstępna, piękna dziewczyna, która czaruje uśmiechem ale donosi Jej. O wszystkim. Wieża jest na macierzyńskim trzeci raz. Podobno jak wróci, mam się jej wystrzegać.

Plus Pielęgniarka I, II i III, Sprzątaczka i Pielęgniarki Środowiskowe- z których żadna nie pracuje w biurze, więc myślą, że u nas pachnie fiołkami.




Skoro już wiadomo z grubsza co o kto, dodam, że celem mojego dzisiejszego wywodu i wszystkiego co przeleję tutaj w następnych dniach służy za psychoterapię. Podobno wielcy pisarze historii powiesiliby się w wieku młodzieńczym gdyby nie pisarstwo więc i ja używam tej metody żeby się zdystansować i nie zastosować do żadnego z punktów z początku tego posta.

CDN

wtorek, 12 sierpnia 2014

Finał!

Remont domu od frontu- skończony!



Jestem z siebie dumna tak bardzo, że sama stoję i się podziwiam. Podziwiają też sąseidzi i wygląda na to, że coś drgnęło w rajstopacch bo najpierw nasza najbliższa sąsiadka, wymiotła z frontu suszki z doniczek zeszłorocznym i posadziła nowe dzwoneczki w środku sezonu a potem, w ciągu ostatniego miesiąca wiele osób postarało się trochę poprawić wygląd swoich norek. Norek, zdrobniale bo większość domów na naszej ulicy jest wynajmowanych i ludzie do tego stopnia mają gdzieś cudzy interes, że w pewnym momencie nie możnabyło przejść chodnikiem bo tuż przed płotkiem wyrósł w połowie ulicy oset półtorametrowej wysokości i ludzie kłuli się starając prześliznać między monstrem a autami. Dobry wpływ miałam więc też na oset- bo znikł. Ulica zrobiła się bezsprzecznie bardziej kolorowa.

A efekt finalny który nadyma mą pierś dumą wygląda tak:






W wisterii która popnie się po kratownicy ukryte są światełka na Święta. Sama kratwnica da mi też nowe opcje na Halloween, chociaż biały- dom nie będzie już starszył jak stare zamczysko oklejone nietoperzami... ale cóż, Halloween jest raz w roku a i świętuje się po po ćmoku więc strata niewielka.

Jestem zadowolona. Bardzo. Zmieniam powoli adres dorzucając nazwę własną domu i jak na razie Ebay i Amazon dostarczają już paczki do Sowiej Chatki.

Obiecuję obcykać nowy salon. I jak zwykle obiecuję sobie obcykać też tematy poboczne.
-Obiecuje i dotrzymuje! raz na rok- krzyknął Tłum i rzucił pomidorem.

:*

środa, 11 czerwca 2014

Wielki remake


Po pięciu latach przyszedł czas na wielką  odnowę naszego domu. Od kupienia nakręciliśmy tylko kilka dziurek na kwietniki, pomalowałam murek na ceglano, bramkę i metalowe ogrodzenie Hammeritem i na tym się skończyło. Jakoś przerastała mnie myśl o malowaniu całego domu tak jak to widziałam u innych. Ani drabiny, ani doświadczenia, ani odwagi… W tym roku, po doprowadzeniu salonu do wymarzonego stanu, z czerwonymi ścianami, nowym dywanem, akwarium i nowym/używanym biurkiem- powiedziałam sobie DAM RADE, A CO NIE?
Zaplanowałam schemat kolorów, rośliny, przez dwa miesiące gromadziłam materiały zbierając wszystko w wielkiej torbie jak chomik i ustaliłam (chyba tylko do wglądu własnej głowy) ze Wielkie Malowanie odbędzie się w poniedziałkowy Bank Holiday na początku maja. W niedziele przygotowaliśmy ścianę pod farbę, zagruntowaliśmy płynem na  wilgoć i przygotowaliśmy się na następny dzien.


(tak wyglądał dom w tygodniu w którym się wprowadziliśmy, już 6 lat temu)

Jednak... ten kto sobie wyobraża ze pogoda na Wyspach ma na względzie święta narodowe, jest w błędzie. Rankiem okazało się wiec ze facet Samotnej na Benefitach nawet nie musi wychodzić z łóżka bo bębnienia deszczu o dach nie dało się pomylić z niczym innym.
Przyszedł wiec czas na plan awaryjny i razem z Rodzicielką  i Dzieciusiami pojechaliśmy do Ikei. W drodze rozpadało się na dobre, nic wiec dziwnego, ze zajęło nam ponad 25  minut zanim znalazłyśmy miejsce do parkowania- wszyscy pchali się do parkingu pod sklepem w wyniku czego podziemne alejki wyglądały jak sawanna ze grasującymi stadami zmotoryzowanych hien:
-Kto w zasięgu wzroku otwiera bagażnik i cos do niego pakuje?? Tamten!! Huzia na niegoooo!!!
W końcu zaparkowane auto zostawiłyśmy na pastwę ulewy. Znaczący fakt z racji tego co było potem...
Maja dostała przepustkę na wolność, Gabi został uziemiony w wózku. Podczas gdy Maja jest już rozsądną dziewczynką i nie lubi się gubić w tłumie, Gabi jest mały uciekinier i chowacz, wiec perspektywa uganiania się za nim, pod prąd, w Ikei, w Bank Holiday nie wchodziła w rachubę, o czym dowiedział się od razu po wejściu dopóki sklepu, chociaż akceptacja nadeszła jakiś czas później.

Maja na swobodzie zaglądała we wszystkie szafy i szafki, wypróbowywała wszystkie łóżka, zaglądała pod tapczany i zapalała i gasiła lampki w dziale z oświetleniem. Gabi wyciągał rączki po wszystko co stało w pobliżu a Maja mu w tym pomagała, podając co rusz inny towar "do obejrzenia". W wyniku czego mam teraz w domu dwie przesiewarki do mąki , chociaż mogło być o wiele gorzej. Resztę udało się wyciągnąć z wózka, przesiewarki jakoś umknęły.



Kto by pomyślał, że Ikea może posłużyć jako plac zabaw w deszczową pogodę?



Kupiłam trochę  gadżetów do nowej kuchni, doniczki, nowe narzędzia kuchenne (ale takie porządne, którymi można zabić, a chochelka ma pojemność całego talerza do zupy). Postanowiłam tez ostatnio zacząć znowu hodować kaktusy wiec znalazłam sobie trochę pięknych okazów, wazonów, Maja "butelkę po mleku" i cztery sztuczne gerbery. Butelka po mleku czyli taki wintydzowy wazonik.

Wyszłyśmy ze sklepu po 4h, obładowane jak dromadery, jeszcze sklep szwedzki, pasty rybne, czekolady, siusiu i..... okazało się ze przez cały czas auto stało "na radiu". I akumulator padł do zera. Nic. Nawet klik-klik.

W ulewie biblijnego kalibru, biegałam w bluzie z naciągniętym kapturem po parkingu szukając jakiegoś samca (nie podejrzewam zwykle kobiet o posiadanie w samochodzie jakichkolwiek narzędzi pierwszej pomocy) który posiadałby kable do akumulatora. Musiałam wyglądać jak duch albo ofiara katastrofy lotniczej sądząc po przestraszonych spojrzeniach ludzi przeze mnie nagabywanych. W końcu, po dobrych 40 minutach złapałam na kieszeń kolesia, który okazał się na tyle przezornym, że miał kable w bagażniku.

I dotarliśmy do domu.










A na Wielkie Malowanie trzeba było poczekać cały kolejny tydzień ale w końcu- UDAŁO SIĘ!

Suseł z facetem Samotnej na Benefitach odpacykowali frontową scianę w jeden dzień, w kolejnym tygodniu dokupiłam jeszcze farbę do wykończeń w kolorze mlecznej krówki, żeby uniknąć zbytniego kontrastu i sama wspięłam się na drabinę, żeby dokończyć dzieło. Jestem z nas dumna, zadowolona i naprawdę zaskoczona jak farba odmieniła wrażenie jakie się ma stojąc na ulicy. Teraz wygląda na dom zadbany i kochany! :)



Ale to jeszcze nie koniec bo w ogrodzie czekają teraz kratownice i wielka donica z wisterią oraz mały drobiazg, który zrobiłam własnoręcznie. Szukałam natchnienia bardzo długo, grzebałam po sieci, zmieniałam zdanie... aż postanowiłam zrobić nazwę domu sama. Rodzicielka podsunęła lokalizację starej, zwietrzałej deski leżącej koło rzeki, ucięłam, pobejcowałam, polakierowałam.

Deska okazała się nadal przepojona żywicą więc suszenie przy piecyku wydobyło z niej mnóstwo świątecznego, czarodziejskiego zapachu. 
 

W sieci znalazłam tony pięknych czcionek i wybraną przeze mnie ostatecznie nazwę wydrukował mi Suseł w lustrzanym odbiciu tak, żeby kartka położona na desce i zmoczona gąbką odbiła na drewnie atramentowy ślad napisu. 

 Potem spedziłam dwa dni na rzeźbieniu napisu skalpelem do dywanów i przsięgam, że ostatni raz kiedy miałam takie obolałe palce, uczyłam się grać na gitarze w liceum i struny cięły mi opuszki. Sama przyjemność, szczególnie kiedy spod rąk wychodzi coś własnego, niepowtarzalnego i pięknego...

Kiedy skończyłam rzeźbienie, pomalowałam litery farbą podkładową a potem na złoto. Jeśli warunki zewnętrzne złuszczą farbę po kilku sezonach, rzeźbienie jest na tyle głebokie, że będzie można go odnawiać wiele lat.

The Owl Lodge. Numer domu 41. Klękajcie narody.

 Jako wisienka na torcie, znalazłam w "Pound Stretcher" płaskorzeźbę sowy i przykleiłam ją do deski klejem super-duper wytrzymałym plutońskie mrozy i merkuriańskie upały i jest. Dzieło skończone:



 Na kuchenne rękawice, seler, szkolną opaskę na włosy i obrazki proszę nie zwracać uwagi- deska jest dość ciężka i póki nie zawiśnie na frontowej ścianie domu, unika w ten sposób małych, ciekawskich rączek.

Dziś lub jutro będziemy kończyć prace z przodu i zabieramy się za ścianę ogrodową. :)