sobota, 29 października 2011

piątek, 28 października 2011

Niedobrzenam było grupowo ale już po wszystkim

Przeszliśmy kolejnego kiszkowego wirusa. W zeszłą sobotę Maja była nieznośna już 3 dzień z rzędu ale oprócz nieustannego jojczenia i narzekania, nic nie dała po sobie poznać. Po powrocie z zakupów jednak, okazało się, że jest rozpalona jak piecyk na pastylki atomowe i po przewróceniu siedzeniem w górę i zaaplikowaniu szprycki termometru w odwłok okazało się, że ma 38,9*C. Dostała paracetamol i poszła spać na długo przed kurami. W nocy zawołała Tatuuuuusia i puściła pawia. No a potem było już tylko gorzej. Cała niedzielę na przemian pojadała i pawiowała. potem przestała podjadać i poniedziałek wieczorem, po dwóch dobach bez jedzenia, udziubała babcinego jogurtu w czasie wizyty w babcinym pokoju na bajkach. 3 minuty i Maja wstała, odwróciła się i mówi:
-Babciu, brzuszek boli!
Złapałyśmy ją, Babcia za czoło, ja za włoski i Maja dawaj, pjukać w babciny kubełek wiklinowy . na szczęscie miał worek na śmieci włożony do środka!. Bizulka tak się przejęła, że zamiast jej współczuć pokładałyśmy się ze śmiechu:
-O nieee, popats, babci kobiełka cała mokra! O kosulka mokra! Porzygałam!
Skąd jej przyszła ta "kobiełka" nie wiem ale już przeszła do historii.

Ale przypomniała mi mnie samą sprzed lat, kiedy pojechałam z Babcią do Suwałk na 2 miesiące do PraBabci. W tym czasie niewiele można było w sklepach kupić, babcie próbowały dopieścić wnusię za wszelką cenę, więc Ciocia poszła stać w sążnistej kolejce do Społem bo "konserwy z makreli rzucają". Postała, kupiła, ja się zapaliłam, zjadłam... a w nocy przyszło najgorsze zatrucie pokarmowe w dziejach gastrologii. Serio. Gdyby nie wiekowy przepis na zatrucia rosyjskiej macochy mojej PraBabci, kto wi jakby się to skończyło. W szpitalu na pewno. Sposobem jest czarna jak diabeł, gorzka kawa parzona. Pół szklanki sypanej kawy, dolać wody do pełnej szklanki i pić jakby świat się kończył. Moja Babcia, mając kilka lat zatruła się zielonymi jabłkami. Lekarz powiedział, że jak przeżyje noc to będzie dobrze. Stara macocha poodsuwała konowała, pasierbicę i powyrzucała z komory. Naparzyła kawy i dziecinę uratowała.
Mi węgiel nic nie dawał, inne specyfiki nic, pościel się skończyła a ja nic! A po kawie.... padłam i zasnęłam na 12h. Obudziłam się słabiutka i bardzo głodna. PraDziadek wyniósł bidulinkę do ogródka na ławeczkę na której zwykle pasł kurki (żeby nie słuchać ględziołów PraBabci, która ciągle go przesuwała). Usiadłam podobno bladziutka, z rączkami na podołku i patrzyłam tępo w kurki aż babcia zaptała jak się czuję?
-Jeśtem ziupełnie...bezwartościowa....- powiedziała Kokainka, lat 5.

Moja mała Kobiełka.

A potem przyszła kolej na nas. W poniedziałek wieczorej ja się rozłożyłam, we wtroek rano Suseł zwolnił się z pracy, w środę w nocy zwymiotował gabi.

Ale już jest dobrze. Maja węgla nie zje, dla dzieci nie ma leków przeciwbiegunkowych, lekarz zalecił dużo płynów i ścisły post. To pościliśmy do wczoraj jak Franciszkanie. Dziś trafiło Babcię.

Kiszkowo, miodzio!


PS. Niniejszy post zamieszczony zostaje w celach memułarowych. :)

czwartek, 27 października 2011

Jak nie kijem to pałką czyli o zastosowaniu kremu w bezstresowym wychowywaniu dziecka niepokornego.

Maja ma ostatnio gastrofazę na jogulty tak bardzo, że właściwie nic innego nie chce jeść. Ważne, żeby jogulty miały różne smaki i kubeczki. Na śniadanko jogulty, na drugie też, na obiad jogult a na kolację ku zaskoczeniu- jogult. Oczywiście dostaje posiłki jak człowiek ale odsuwa i nie chce.

Od czasu kiedy mamy nową lodówkę, z której wkładanie i wyciąganie czegokolwiek nie przypomina układania Tetrisa, jogulty, puddingi ryżowe, serki homo-nie-wiadomo stoją na jednej półce, razem. Maja rokochała się więc w otwieraniu sobie bramki, drzwi do spiżarni, drzwi do lodówki i wybieraniu i przebieraniu w kubeczkach i smakach.

Co więc zrobić aby ukrócić ten jawny, bezczelny proceder? Karcić? Nie Maję. Prosić? Tym bardziej? Prać pasem na gołą dupkę? Co to, to nie.



Mama-Kokainka smaruje gałkę drzwi do spiżarni kremem super tłustym na zimowe buzie.

Maja kręci, kręci, stęka, kręci, uu-ch, uu-ch, mamoooooo......

A Mama pozostaje niewzruszona. I udaję, że też nie może wejść do spiżarni.

-Magia jakaś, Maju.

środa, 26 października 2011

Krowie na rowie, debilowi na patyku.

Mówią, że w UK traktują przeciętniaków jak niedoedukowanych półgłupków do których trzeba walić wielkimi literami, głośno i wyraźnie.

Bah! Nic to!

Co jest napisane na karcie debetowej spoczywającej w Waszych portfelach, gdzie miejsce na datę przydatności karty "do spożycia"? To pięknie brzmiące, bardzo przydatne słowo: VALID (TO). Valid- ważny, poprawny, obowiązujący, wiążący, niezbity.

Jeśli co jest valid to, oznacza to, że do podanej daty, karta będzie nas obsługiwać. I tak dla przykładu: valid to:03/12 oznacza, że karta ważna jest do ostatniego dnia marca 2012 roku.

Proste jak p....., jak powiadają.

Obsługiwałam ostatnio Amerykankę, którą podała mi kartę Bank of America, bez chipu więc musiałam wydrukować papierek do podpisania. Dla potwierdzenia ważności karty zaczęłam się rozglądać za valid to....

I znalazłam taki oto dziw:

Card good to last minute of midnight of: 25/02/2013.



Czyli: karta  d o b r a  do ostatniej minuty północy dnia ....

Czy poziom przeciętnego klienta Bank of America to poziom debilaszka, który nie zrozumie daty ważności na puszcze z wołowiną o ile ktoś mu nie napisze: dobre dopóki nie zielone i nie chodzi. Nie jeść, jeśli już dostało się do ust, wypluć, wypłukac dużą ilością świeżej wody, puszkę włożyć do worka na śmieci wynieść do kosza przed domem.

Tylko strasznie dużo miejsca by to na puszcze zajęło i zabrakłoby miejsca na składniki. Ale może to żadna strata skoro podobno zupa pomidorowa składa się z zupy pomidorowej?


wtorek, 25 października 2011

Lansik, Kinga, lansik!!

No i idzie Helloween. Z tej okazji pozwalam sobie zalinczyć do pewnego polskiego e-booka twórców wielu, traktujących luźno o święcie ducha i kościotrupa w polskim ujęciu. Do ściągnięcia za darmo, dla wszystkich posiadaczy Kindla (po małych przeróbkach), dla tych co lubią czytać online lub w formacie PDF.

"31.10" (tu do ściągnięcia. Należy dodać do koszyka i "kupić" za 0zł)


To efekt pracy ponad 20 polskich, młodych pisarzy, zebranych razem do przysłowiowej kupy przez jedną z naszych znajomych w UK. Co ciekawe, książka powstała, jest dostępna i cieszy się sporym zainteresowaniem a jej twórcy nigdy nie spotkali się osobiście. Ach! Uroki pracy online!
Postanowili oni podzielić się swoimi krótszymi lub dłuższymi opowiadaniami, niejednokrotnie z przymrużeniem oka, choć tu i tam cienka strużka strachu mogłaby powolutku spłynąć sobie w dół pleców.

poniedziałek, 24 października 2011

Stoooo lat, jeszcze jeden i jeszcze raz....

A tak przy okazji, razem z postem i sąsiadką straszącą mnie do zawału stuknęła mi Pierwsza Setka postów na Bloggerze.

Torcik.


Teraz ciśniemy do Drugiej Setki.

Przecież to jeszcze nie Helloween!!!

Idziemy z Mają i Gabim do przedszkola. Ulicą w górę, mozolnie pniemy się na sam szczyt, wydostając się z dolinki w głębi której płynie źródło Tamizy. Idzimy. Idziemy ulicą nie chodnikiem bo jest wcześnie, szeroko i drogi nie torują niezliczone kubły na śmieci pozostawione przez mieszkańców na chodniku od zeszłego czwartku. No i też dlatego, że to straszna wiocha i jakby ktoś po nas przejechał, przejechałby po najbliższym sąsiedzie a potem tak przykro mieszkać tuż obok i pomagać mu wieszać pranie w ogrodzie bo nie sięga z wózka do sznurka.

No ale.

Idziemy w pocie czoła, dzieci idą jadąc, ja idę pchając. Nagle, za plecami dogania nas auto. Słyszymy silnik zbliżający się coraz bardziej. Ponieważ przed nami już ostatnie metry jezdni, postanawiam dodać gazu i dociągnąć na ostatnim oddechu.

Ale z grzeczności myslę sobie, że odwrócę się, poślę uśmiech nr5 i tym samym wykupię sobie odrobinę cierpliwości u śpieszącego do pracy kierowcy.

Odwróciam się, w zadyszce, uśmiechnęłam się do kabiny i wróciłam do pchania....
....
..
.
!

Jezu! TAM NIKOGO NIE MA!

Nie ma nikogo w szoferce! Ściga nas widmowy kierowca, jeżdżący Hollender, wehikuł (van srebrny w sumie) z piekła rodem, napędzany na smołę, dyszący siarką!!

Głupia pało! Jest 8:00 rano, diabelskie wehikuły robią dżem z ludzi między północą a pierwszym pianiem koguta. Odwrócę się i na pewno wszystko okaże się tylko zwidem zaspanej, zadyszanej mateczki.

Odwracam się, uśmiecham jeszcze raz.

JEZUUUU!!! Tam NA PRAWDĘ NIKOGO NIE MA! Czarno w szoferce, nic nie ma, pusto a widzę na przelot aż do tyłu. Widzę zagłówki, koło kierownicy... Już po nas!

Wjechałam na chodnik jak parzona piekielną smołą po piętach. W zakręt i prosta przed siebie. Samochód skręca za nami, jezdnią i zwalnia do naszej prędkości. Mamusiu, ja nie chcę do piekła!

Zerkam. Jedzie tuż obok, najwyraźniej ma do nas coś. Sucho mi w buzi.

Jeszcze raz. Ktoś do mnie macha. Mechanicznie odpowiadam tym samym, auto przyśpiesza i odjeżdża.

Nasza sąsiadka, postanowiła pomachać w drodze do pracy Mai i Gabiemu bo to fajna babka i własnych ma czworo czy pięcioro. Fajna babka.

Ale strasznie czarna.


poniedziałek, 10 października 2011

Sibibis, Sibibis!

Maja kocha CBiebies. Nawet Anetkę, choć Anetka ma coś nie tak z biodrami i oczy jej wyłażą jak mówi o Teletubisiach. Węszę fiksację.

Ale po kolei. Ceebiebies to edukacyjna telewizja dla dzieci od roku nawet do 7 rż., bez przemocy, rywalizacji, agresji itp. Jest twórcza, ciekawa, różnorodna i dzięki niej nie raz daje się "rozbroić bombę" czyli np. zainteresować Maję Żuczkiem Heniem, żeby przestała ciągnąć wózek z Gabim po kałużach. Na przykład.

Ale kusi mnie popastwić się nad ramówką Ceebiebies bo strasznie to fajne mieć własne przemyślenia na temat dziecięcych programów i oglądać je z dzieckiem, które niczego większego jeszcze nie podejrzewa. Problem polega na tym, że albo to ja albo to twórcy, ktoś tu myśli o dupie Maryny! Czy to mi się wszystko kojarzy? Czy autorzy bajek dla dzieci przemycają swoje własne skrzywione spojrzenie na świat? Kompleksy, niedoskonałości, własne przemyślenia właśnie....



o Teletubisiach nie będę pisać. Wystarczy Anetka. ........ No dobra. O torebce TinyWinky każdy wie. "wink" po angielsku to "mrugnięcie okiem", " puszczać oczko", które najwyraźniej Tinky puszcza wszystkim tym, którzy widzą, że Tinky ma problemy z orientacją seksualną.  Czy Teletubisie mieszkają pod trawnikiem czy to tylko studio telewizyjne? I dlaczego w krótkich filmikach o dzieciach wygląda na to, że były kręcone gdzieś w mrocznych latach 70 w Wielkiej Brytanii? Albo przemądrzałą dziewczynka (pewnie jakaś znajoma scenarzysty) fałszująca na "krzypcach" az uszy więdną albo dzieci jadące pociągiem do Glasgow przez jakieś straszne przemysłowe dzielnice, jakby Anglia nie składała się z niczego więcej niż czynszówek z ubiegłego wieku i sznurków z praniem? Albo ten chłopczyk, który przychodzi nocować do "cioci"? A "ciocia" jest całkiem pakistańska a chłopczyk kompletnie biały? Od kiedy to biała Brytyjka wypożycza swoje dziecko na noc do pakistańskiej koleżanki?...

 No i te cholerne telegrzanki. Spaloniutkie na węgiel. I teletubisie to jedzą? Nic dziwnego, że potrzebują Nono. Jak ugryzą takiego skwarka to się telegrzanka kruszy na puch!


Kucharz Duży i Kucharz Mały. Duży jest na bank lewoskrętny. Taki okrąglutki, sympatyczny Miś ale coś mi tam śmierdzi w tej restauracji. Mały jest dla niego za mały, więc Duży realizuje się w kuchni. Perwersja. ;)
Mały lata na łyżce, którą wsadza sobie teatralnie między nogi i leci trzymając się za trzonek jak wiedźma podążająca na Blokksberg.  Ciągle zdarza mu się czymś ubrudzić i zwykle jest to coś białego... No sorki.




Bob Budowniczy. Wszystko fajnie, i portki ma fajne i w kurce z misia wygląda lepiej niż tak goło w kasku ale ta jego koleżanka od młotka mogłaby ściągać do roboty kolczyki bo to niezgodne z przepisami BHP. A Bob mógłby komuś czasami odmówić roboty bo gotowam uwierzyć, że nie ma życia prywatnego. Nie wiem jak Wy ale dla mnie Bob jest jakoś tak niepokojąco seksualny. Silny, sprawny, wszystkiemu stawi czoła, wszystko może.... człowiek zaczyna bać się co taki Bob robi po pracy! W ich bajkowej wioseczce powinien mieć niebywałe powodzenie.

Ale chłopak się realizuje i ma godnych naśladowców. :) Chłopcy gotowi są uwierzyć, że "dadzą radę" jak skupią się na waleniu młotkiem w deski.


Boogie Beebiees. Nie jestem rasistką ale ta ciemna pani tańczące wygibosy jest jakaś taka nienaturalna, przeuśmiechnięta i kręci biodrami jak mieszkanka haremu w Azji przedchrystusowej. Zawsze ma nisko obsunięte spodnie i dyndający pępek.



A facio w zielonej koszulce kojarzy mi się z kimś i jak go puszczają, obnażam kły. No ale to akurat moja fiksacja.

... cierpliwości, są takie programy, które lubię.

Brzęcz jak Wiesz. Na miejscu Waltera Wąsika osiwiałabym sobie te wąsy już dawno, poprosiła o wolne, chorobowe, podwyżkę lub zmianę stanowiska. Albo o zmianę graczy na normalnych. Za KAŻDYM razem kiedy kończył się odcinek, czekałam wprost na głos z offu, Waltera rzecz jasna:
-...ja pierrrrrrrr...... co za banda debili.....

 W sumie nie wiem czemu ma służyć ten program... rozwijaniu abstrakcyjnego poczucia humoru? Przygotowywania dzieci do sytuacji w której spotkają kogoś kto nic nie wie, niczym się nie interesuje, wciska swoje 3 grosze w najmniej spodziewanym momencie... że każda odpowiedź jest ok, nawet jeśli bzdurna i od rzeczy?

Świat Brudasi czyli Brudzia, jak ją nazywa Anetka kiedy zapowiada program z archiwum, chyba z czasów kiedy jeszcze nie ustalili polskiego tytułu. Brudzia to się pije, Anetka. Lubię Brudasię, choć tytuł sugeruje, że bycie ogrodniczo umazaną jest be. Maja często na początku zatykała nosem i mówiła "ćmierdzi kupom!" ale w końcu polubiła Brudasię i tera każe mi ciągle śpiewać "Kop, kop, kop, kop kopać!". Brudasia jest spoko laska, Złomek też. Choć wpisanie "dirty girl world" do przeglądarki grozi szokową deprawacją natychmiastową.


Program pokazuje mnóstwo mądrych postaw względem przyrody i innych istot żyjących ale! Ale Gosia gąsienica i żuczek Henio...... Nie wiem s jakiej bajki urwali wątek "wyczynów" ale jest z nim coś bardzo, bardzo nie tak. Gosia jest przemądrzałą egoistyczną, egotyczną wywłoką bez rąk i nóg, która robi karierę na biedzie Henia. Nie może zrobić nic sensownego ze swoim gąsienniczym ciałem, więc rżnie managerkę i zmusza Henia do dokonywania skoków z wysokości, każe mu dawać wystrzelić się z marchewki w przysłowiowe pizdu, nurkować z rekinami, skakać przez jezioro na drugą stronę. Henio się boi, jego buzia jest przestraszona, kolanka drżą, stara się zmieniać temat i unikać "wyczynów" na które złazi się pół łąki... ale w końcu zawsze ulega i idzie na stracenie. Gosia to bezwzględna domina w żółtym śpiworze a Henio to biedny, dociśnięty kapciem mąż-ciapa.Suseł mówi, że to przemycona informacja, że czy ci się to podoba czy nie, jak masz miękką dupę, to byle larwa będzie tobą pomiatać i zmuszać do robienia czegoś na co nie masz ochoty do końca życia. Pracodawca, przyjaciel, partner, wybieraj. Jesteś słaby, skacz jak ci każą.

Fimbusie- nie powiem na Fimbusie ani jednego złego słowa. Choć czasem Rockitt powie coś wyjątkowo dorosło-niewłaściwego.... ;)

 Przpominają mi stare dobre Fraglesy a Maja jest najsłodsza na świecie kiedy mówi:

-Cy cujes jak ci scypiolek podlyguje? Cy cujes jak ci siem nosek malscy? Cy cujes jak ci paluski mlowią? To fimbusiowe migotki !!! Co to jeś? Co to jeś? I dzie to dzie? WydAje mi siem ze jest tam... psekonam sieeeeEEEE!!

Potrafię gotować- No, Kasia jest niczego sobie, chyba singielka z nadgorliwie dosprzątaną kuchnią. Ma fiksację na punkcie (nie)używania noży ale woli dać dzieciom ciąć szczypiorek nożyczkami. Okropnie fałszuje i w sumie można by sobie podarować te piosenki-przepisy bo ani w tym melodii ani chwytliwego tonu, ot, mąaakaaaaa---jakaaa, a, a, a, a.... No ale musiałm sobie kupić taki fartuszek bo Maja zakładała na dupke każdą szmatkę i szła "gokować" na widok miski i łyżki.


Pan Robótka- gigant rękodzieła.



Farbki, pompony, tekturki, flamastry, sznurki i pędzelki. Miesza, składa, o tak, zgina i skleja.... ciekawe czy mieszka na tym samym piętrze co Kasia z "potrafię gotować"....? Robi z siebie idiotę niezwykle sympatycznie i Maja może oglądać serię odcinków, jedne za drugim i nigdy jej się nie nudzą. Problem tylko taki, że potem zgina i składa wszystko co jej wpadnie w ręce, listy z podłogi pod skrzynką w drzwiach, Taty pieniącki z portfela, rachunki za ważne rzeczy.....


Ale chyba  żadna inna posatć z Ceebiebies nie miała jak dotąd takiego pozytywnego wpływu na Maję jak Pan Lobópka.

Numerki- nie pamiętam jak nazywa się dokładnie ten program ale pomysł, że numerki mieszkają w oparciu sofy już jest trochę niedorzeczny, nawet z całą dziecięcą wyobraźnią za pazuchą. Animacje są brzydkie, tracą myszą śmierdzącą niskim budżetem na odległość, postacie są nijakie, "zły charakter" groteskowy a sens gubi się miedzy przesyłaniem cyferek tam i z powrotem, żeby zapobiec np. jedzeniu ciastka paletką do badmintona.Aktorzy są nienaturalni, pokraczni, prawie jak aktorzy z "Sędzi Anny Marii Wesołowskiej". Obrzydłe!



Penelopa K- niby, że wszystko wie, Penelopa K zna odpowiedź na każde pytanie.... ciągle się dziwi bo nic nie wie, wszystko musi sprawdzić a efekty końcowe strasznie ją zaskakują.Świetny przykład na niekompetencję za biurkiem.



Pingu- Nooo, kolejny gigant! Zawsze na topie, śmieszny, daleki od naiwności, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru, oryginalny... miodzio. Pinguś to dla Mai kazdy pingwin w okolicy. Jak jakiegoś wzobaczy.


In the Night Garden czyli Dobranocny Ogród. Nie wiem. Dzieci kochają, ja dostaję szału. Po pierwsze- Iggle Piggle to odmiana wioskowego idioty, który nie umie wiele więcej niż piskać, podskakiwać i pomachiwać kocykiem. Właściwie nic innego nie robi! Wszyscy są w tej bajce mądrzejsi od niego- nawet Hahoosy! Kompletny brak istoty szarej. Na Iggla Piggle'a leci UpsyDaisy. Ta to ma problem. Słuchaliście kiedyś Upsy, kiedy leci w pokoju a wy coś robicie w kuchni? Przez większą część czasu Upsy Daisy brzmi jak najarana Jane, kompletna nimfomanka opowiadająca o swojej wizycie w męskim burdelu. I jej łóżeczko, jak symbol głównych zainteresowań, łóżeczko stoi w samym środku lasu. A jak UpsyDaisy się podkręci na maksa, puchnie jej spódnica. Litości. MakkaPakka to milczący fetyszysta, który ma pod kołdrą same kamienie, Hahoosy wszystkiemu się dziwią a Pontypiny i te drugie niebieskie to brytyjskie modele rodziny- 2+8. Aha! No i Tombliboosy! Bezpłciowce, mieszkają w jednym domku i z lubością latają z gołymi pupami kiedy ich spodenki suszą się na sznurkach. Albo opadają w najmniej spodziewanym momencie.

To jakiś koszmar z wyobraźni twórcy, który przeżywał swoją młodość u boku matki Dziecka Kwiatu, pociągając jej skręty  pod stołem.




Lubimy Waybaloo- Lubiiimy Waybaloo!!! Bo ich nie da się lubić. Są grzeczne, uprzejme, pełne troski i zrozumienia dla innych, kochają dzieci, ćwiczą jogę, lataja w powietrzu... dobra znowu skręcamy w stronę LSD... :D

 Urzekają piękne kolory, w miarę spójny świat i czarująca muzyka... choć niejeden mógłby przyczepić się, że Piplisie to NewAgeowcy, bawią się kryształami i odprawiają czarne msze....

Z drugiej strony... skoro Piplisie to bohaterowie a dzieci to Dzieciusie... to kim są Waybaloos ???


Pokaż mi Pokaż! - To jest to co najbardziej z Mają lubimy!! Najbardziej barwny, niebanalny show na Ceebieebies, mnóstwo fajnych zabaw, piosenek, czas na bajkę, gra w Stop, udawanki, przebieranki, zabawa prawdziwymi zabawkami jakie może miec każde dziecko.... tak powinna wyglądac zabawa z dzieckiem każdego dnia. Uwielbiamy Chrisa bo ciacho z niego przednie i Pui, chociaż polska aktroka podkładająca głos fałszuje jak flet szczurołapa.


Ale wiecie co? Mimo, że w programie występuje mężczyzna i kobieta, są kompletnie pozbawieni seksualnych podtekstów. Żadnych sugestii, uśmieszków, niestosownych spojrzeń. Nie piszę tego jako jakaś ciotka klotka gorsząca się na widok palca ale jako mama dziecka, które nie musi być bombardowane treściami ukrytymi w bajkach dla najmłodszych.

Ważne, że program jest bogaty a nie schematyczny i mimo, że elementy powtarzają się, dziecko nie ma szans się znudzić bo co chwila zmieniana jest forma aktywności umysłowej. Boskość nad boskości. Jak już dajemy gwiazdki może, to tu dam 5. :)

A tu ulubiona Mai piosenka Momo:



Andy Pandy- to dopiero kiszka. Chociaz Maja nauczyła się dzieki tej bajce konstruowac dialogi:
-A dzie ty idzies Węzuiu Sycusiu? -poedział Misiacek...
-I znikeea!- poeedziaa Wezusia Sycusia...

to polska wersja jest okropna. Czytający tekst kompletnie zapomina, że mówi do dzieci i jego narracja, która ma zastąpić wszystkie głosy w bajce brzmi mniej więcej tak: IpowiedziałaWężusiaSyczusiadoMiśkażeAndyPandymadzisiajurodzinyi.... bez przestanków, jakby mu się śpieszyło do klopa. Klapa

Alphablocks- dostępny tylko przez stronę CBeebies- RE_WE_LA_CYJ_NY sposób na nauczenie dziecka angielskich głosek! Wraz z native speakerami dziecko poznaje klocki z których niedługo zacznie budować słowa pisane i czytane w tak łatwy i przyjemny sposób, że nie wyobrażam sobie lepszego.

No i Charlie i Lola- dla starszych dzieci najlepsza, pouczająca i zabawna bajka o siostrzyczce Loli, która lubi różowe mleko i jej starszym bracie Charliem, który ma do niej anielską cierpliwość. Lola nauczyła Maję pić mleko z kartonu. Chwała jej za to. Charlie i Lola są wyjechani i często mówię, że Gabi jest jak Lola, mały i nie dużo rozumie. A Maja jest jak Charlie i musi mu wszystko pokazać i nauczyć. Przynajmniej przestaje Maja siadać na Gabim po takiej przemowie. ;)

Plus niebanalna animacja


i tak dalej... i tak dalej...

i Barney. Purpurowy dinozaur, który mieszka w parku. Moja wyobraźnia podpowiada mi, że jakieś dzicko mogło mieć traumatyczne doświadczenia w lokalnym parku a na pytanie kogo spotkało wśród krzaków powiedziałoby:
-...... purpurowego dinozaura?
-I co on robił?
-Zaprzyjaźnił się z nami.
-Dlaczego?
-....bo kocha dzieci?

wiecie już o co mi chodzi? pojawia się nie wiadomo skąd, błysk i już jest, w parku, kocha dzieci i zaprasza je do swojego wagonu gdzie ma kredki i książeczki..... jakieś fuj. Albo to ja.


No i te amerykańskie dzieciaki z lat 80-90, w białych adidaskach, szortach i kolorowych koszulkach, dziwczynki z gęstymi włosami a wszystkie takie pewne siebie do granicy przemądrzałości i przegadania.... jak wycięte z katalogu Quelle.

ale Maja kocha piosenkę końcową i można uznać, że jest to pierwsza piosenka, którą nauczyła się śpiewać. Nadal, kiedy chce się tulić i głaskać przychodzi i zaczuna: "Kocham cię, a ty mnie...".

Niech mu będzie, za piosenkę.

I ninijeszym z Ceebiebies przeskoczyliśmy na JimJam, w którym wspomnę już tylko o ostatnim knocie-

Oswald. Ktoś zna owego? Nikt? Żadna strata. Niebieska ośmiornica o homoskesualnym sposobie mówieeeniaaaa.... ma tylko pieska o parówkowato-fallicznym kształcie Weenie. "weenie" to "siusiak" w angielskim slangu, więc co oni do cholery właściwie chcą przez to powiedzieć? I pianino na którym gra zapamiętale. Choć nie umie. I śpiewa, choć też nie umie.  Jego sąsaidem jest równie wybitnie homoseksualny Pingwin, który jednak pozostaje poza polem zainteresowania Oswalda bo jest pedantem i interesuje się tylko polerowaniem srebrnych łyżeczek i cenami szprotek na rynku rybnym. Ich najlepszą przyjaciółką jest lesbijka- Stokrotka, kótra jedynie jeździ na wrotkach i cieszy się życiem...choć w kompletnie niedziecięcy sposób. To typ fitness, znacie.


Niby przyjaźnie i łagodnie ale jakoś tak obrzydliwie. Mają znajomą Panią Motylkową, matkę samotnie wychowującą gąsienicę i Bliźniaków, jakieś jajka czy kartofle.

.
.
.
.
.
Albo ja mam chorą głowę.

niedziela, 9 października 2011

'No worries!"

Wkurwił mnie Amazon.
Rozbawił mnie Comet.
Zaskoczył mnie Argos.

Welcome to te UK.

Zaczęło od Cometa. Taki sklep! Dwa pietra, setki sprzętów na każdej półce mienią się sreberkiem i kuszą oczkiem miłośników AGD. Suseł natrzaskał w sierpniu nadgodzin jak kura jajek wiec postanowiliśmy poszerzyć nasze przestrzenie życiowe i zdecydowaliśmy wreszcie kupić nowa lodówkę. Nasze dotychczasowe BEKO, o-O-o, które kupiliśmy jeszcze w Zamczysku wespół zespół za zawrotną sumę funtów 5 (słownie: pięciu) służy nam do mimo, że to second hand. Ale! Gnieździliśmy w 'kawalerce u pingwina" w piątkę plus pies, który swojego schłodzonego kawałka podłogi też przecież potrzebował...

Zwykle przyjemność zakupowania opuszczała nas na progu kuchni kiedy przychodziło do upchania zawartości reklamówek w przestrzeni trójwymiarowej 1x1x1m. Trójwymiarowej. Albo i mniej.



-Może kupimy kukurydzę mrożoną w kolbach?
-Nie, bo mam za dużo zielonej fasolki. I groszku.
...
-Kto jeszcze groszku bo w sobotę chcę kupić kukurydzę?

A ponieważ w Koziej Wolce warzywa sprzedaje tylko co-op jak jakieś artefakty czy inne kurioza- czyste,drogie i mało, świeżyznę miałam tylko co sobotę. Do następnej soboty pożółkłby brokuł, kalafior robił się nieapetyczny, cukinia, ciapcianiała od pędu... W Koziej Wólce jest jeszcze jeden sklep ale czasami mam wrażenie, że to skansen. Pamięta jeszcze czasy heydaya naszej wioski, kiedy cała Anglia waliła pociągiem północ-południe przez naszą stację, było tu i kino i Savoy i hotel.... do dziś na półkach stoją dżemy własnej roboty, wypieki prosto z blachy domowej... Tylko jak wchodzę i grzebię po warzywkach to Pani patrzy jakbym dotykała muzealnych skarbów. A jak pytam o cenę, bo nigdzie nie ma... następuje taka cisza, jakby Pani kalkulowała po ile "wypożyczyć" mi dynię ze zwrotem w stanie nienaruszonym w przyszłym tygodniu. Nie chodzę więc. Do rzeźnika też nie, bo mu dziwnie pachnie- lekko dziwnym surowym mięsem w wielu postaciach. Ale takim co leży na blacie a po blacie chodzi mucha. Wiecie... Nie chodzę.

No więc wybraliśmy lodówkę ale taką atomową, czyli rozwojową. Żeby już nas nie pokusiło kupować modeli pół na pół z zamrażarką, wybraliśmy tall larder czyli 1,75cm samej lodówki. Taka pięciopółkowa kolubryna Indesitu plus warzywniak na dole i pięc czy sześć półek na drzwiach dla miłośników jogurtów w butelkach chyba.

A atomowa, czyli rozwojowa bo za pół roku kupimy zamrażarkę szufladową. Do tego czasu co prawda nadal będziemy wybierać między groszkiem a kukurydzą, bo BEKO nadal służy ale przynajmniej będziemy jeść więcej zup. Dotąd jak nie zjedliśmy całego gara, reszta szła na drugi dzień w kanał bo nie było jej gdzie schować. :(

No więc, wskazaliśmy paluszkiem na model i Pan poszedł szukać w kompyterze. W sumie nie wiem po co ale po kolei. Najpierw klikał, klikał, ustalał model i markę i numerek, potem kolor...Stwierdził, że dostawa do domu kosztuje 18 funtów, ubezpieczenie na 3 lata 80...A potem stwierdził, że jest ale jej nie ma. Kazał sobie zlokalizować ją, podreptaliśmy grzecznie na piętro obejrzeć gadzinę i Pan po wizji lokalnej uwierzył nam, że rzeczywiście stoi ale nie do sprzedaży bo to wystawka i mu nie wolno.

-No to nie z wystawki, w takim razie.
-Nie z wystawki to nie ma. To znaczy jest ale w magazynie.
-To my chcemy. A kiedy będzie?
-Nie wiadomo w sumie.
-?
-No bo ja mogę zamówić ale jak mają to przywiozą a jak nie mają to nie przywiozą a nie wiadomo kiedy będa mieli...
-A teraz mają?
-Co?
-Lodówkę.
-A, nie wiadomo.
-A kiedy będzie wiadomo?
-No, do nas przyjeżdżają we wtorki i piątki. To jak przyjedzie to będzie.
-A jak nie?
-To nie będzie.
-Aha. To my się pożegnamy.

Drzwi obok Argos. Jest. 30 funtów tańsza. Dostawa gratis.
-Jest?
-Jest.
-To my poprosimy.

I przywieźli. I nawet się okazało, że ubezpieczenie na 5 lat, prosto z INDESITU za 35 funtów.

I stanęła landara, w spiżarni. Ale zanim stanęła okazało się, że spiżarnia musi stanąć na głowie. Dotąd stała tam lodówka, szafka na buty, komoda z szufladami i półkami na Majki kurteczki-czapeczki... i ekspres do kawy, stojak na wina, filtr na wodę, soki, mleko, puszki Bostona.... Ni wiem co się stało z przestrzenią trójwymiarową ale tak jakby już nic tam więcej prócz dwóch lodówek nie weszło. Ale przyszła okazja i pomalowałyśmy ściany na żółto i wali po ślepiach, że hej. Ale ładnie jest, że hej hej. Maja "opkleiła" lodówkę swoimi magnesikami z literkami i lodówka się zadomowiła.

Dziwnie jest. Cała zawartość naszej małej lodówki gdzieś się zgubiła i wygląda jak lodówka bisnesswoma- tylko krem pod oczy. I japko.




...Comet. Taki sklep. /kręci główką z niedowierzaniem/

A potem Amazon. Ponieważ prawie nie siedzę na komputerze z racji posiadania największego wynalazku ludzkości od czasów druku, nie mam dostępu do swoje skrzynki mailowej w tradycyjny sposób czyli nie czytam spamu. Raz siadłam więc i znalazłam maila sprzed tygodnia w którym Amazon oświadcza, że ponieważ nie otrzymał mojego zepsutego Kindla, obciązył moje konto sumą 133 funtów tak jakbym kupiła sobie nowego.

WRRRR! Za telefon !!!


Pani szukała 40 minut i znalazła. Przeprosiła, obiecała, dokleiła mi na czoło kupon na 10 funtów w ramach przeprosin. Pieniądze oficjalnie odesłała. 2-3 dni robocze. Nie dogadali się z Yodelem i nie zauważyli, że dostali przesyłkę prawie dwa miesiące temu.

Pojechaliśmy tego samego dnia na zakupy na cały tydzień.... i przy kasie odrzuciło naszą transakcję. Ja do bankomatu ana koncie jakieś marne resztki! Matko!! Udało się złożyć do kupy potrzebną sumę przez jeżdżenie po mieście od banku do banku, opróżniając konta e-oszczędnościowe...

Wracam, zaglądam w konto a tam Amazon się rządzi i jak się okazuje- wział sobie z naszego konta aż 280 funtów!! Za dwa "niezwrócone" Kindle plus opłaty manupulacyjne...


Oni mają szczęście, że pora dnia była nie ta i weekend w toku. Oooo Matko Przenajświętsza!
Napisałam sążnistego lista-maila a jutro mam zamiar tak skupić swoje siły metapsychiczne, że przez linię telefoniczną postawię im biurka na głowie. Będą latać kubeczki i zdjęcia dzieci, kubełki na papiery i zszywacze!!! Carrie przy mnie to pensjonariuszka.


Cała Wielka Brytania. Nikt się nie martwi, wszystko powolutku, wkurwiająco i zawsze jest czas na herbatkę z mleczkiem.


czwartek, 6 października 2011

[*}


Od tego:
do tego:



To prosta ale zmieniająca świat, konsekwencja słów:

"Miej odwagę podążać za swoim sercem i intuicją.
One w jakiś sposób już wiedzą kim naprawdę chcesz się stać. 
Cała reszta jest mniej ważna."






środa, 5 października 2011

Profesjonalnie!

Ta-daam!

Moje szydełko w akcji! Dostałam zamówienie, grzecznie zrealizowałam i oto efekty. Hamaczek, koknek bociani, komplecik czapka-gaciorki w kolorze żółtym oraz komplecik czapka-gaciorki w kolorze szarym, z długimi zajęczymi uszami.

Znajomy skończył w Oxfordzie szkołę fotograficzną i właśnie przymierza się do rozpoczęcia kariery zawodowej. Jak dla mnie- talent. Ale oceńcie sami.




Piękne. Tak żałuję, że Dzieciusie wyrosły już z tego wieku kiedy można było uchwycić tą niemowlęcą niewinność. To przepiękna pamiątka na całe życie. I bardzo się cieszę, że mogłam mieć w tym swój udział. 

A zainteresowanym usługami Darka, chętnie podam namiary... czas tak szybko umyka.

wtorek, 4 października 2011

Pećkole!

Stało się. Puściłam dziecko się (re)socjalizować.

Choć wygląda na to, że przeżyła to mniej niż ja to jednak po jednym dniu mogę podzielić przedszkolaki na trzy grupy:
*takie co ryczą na początku;
*takie co ryczą w międzyczasie;
*takie co ryczą na końcu.

Maja jest z tych z trzeciej grupy. Wyła przy wychodzeniu i musiałam ją wynosić przerzuconą przez ramię a to niełatwo zadanie zważywszy, że Maja waży już 25kg.

No ale. Rano musiałam ją obudzić zdjęciem kołdry i otwarciem okna, co już było szokiem bo przecież Maja od urodzenia budzi się kiedy się wyśpi (zgodnie z Naturą). Wstała w średnim humorze, w kuchni dostała nastroju zagarniacza stada czyli "dzie Tata, dzie Gabi, dzie tojepka?" Wsadziłam Gabiego do wózka i i tak wiedziałam, że zanim dojdziemy do końca ulicy Mai znudzi się iść, więc wzięłam wózek węglarczyka. :) Gabi jedzie przodem, zapięty, kładzie się oparcie do pozycji leżącej, Maja wskakuje tyłem i jadą jak garść dzieci cygańskich w spycharce. Po drodze żaliła się na niebo i ptaki ale wkrótce ranek zaczął przypominać dzień, więc humor się polepszył. Pogorszył się kiedy okazało się, że trasę do przedszkola pokonaliśmy błyskawicznie i przyszło nam czekać 15 minut na otwarcie. Maja na widok Pań zawołała:
-Heloooo!- i niniejszym zakończyła swoje bilingualne popisy.

W sali poleciała od razu do dziesinek i kolorowego ryżu do przesypywania. A ja... zostawiłam jej butelkę w skrzynce, trochę popatrzyłam jak świetnie się bawi.... górując nad rówieśniczkami o 1,5 głowy- groteska. Wygląda jak starsza od nich o rok przynajmniej. :/A jest najmłodsza wśród 22 dzieciaków.


Każdy, polegając na szkiełku i oku zakłada, że Maja jest co najmniej czterolatką i z przykrością stwierdza, że to jakaś biedna upośledzona dziewczynka, z którą można się dogadać na poziomie... trzylatki. To się robi smutne.

Popatrzyłam a skoro Maja poszła w tany, postanowiłam sobie iść. Upewniłam się że mają mój nowy numer i poszłam z Gabi na śniadanie.

Serce bolało, w domu straszna cisza, upiorna wprost, głośno włączyłam TV, żeby nie brzęczało w oczach od tego Mai niemania.Wróciłam więc po Maję pół godziny przed czasem, żeby sprawdzić jak sobie radzi. Akurat trafiłam na moment w którym Panie zaganiały stadko na dywan gdzie dzieci grzecznie usiadły na poduszkach i rozpoczął się "juice time". Maja początkowo usiadła z nimi ale kiedy tylko Pani wybrała dwie dziewczynki, dyżurne sokowe a te zaczęły rozdawać picie w kubeczkach, dziecko po dziecku, pytając o to czego chcą się napić, Maja wstała, podeszła do Pani i stwierdziła stanowczo:
-Ja tes chce soku!
Pani odesłała Maję na poduszki, więc poszła usiadła ale już po chwili wiedziałam, że to koniec współpracy. Maja wychyliła się, spojrzała na mnie i w hałasie usłyszałam jak mówi:
-Chcę wstać!
-Nie Maju, siadaj i poczekaj.
Bo Maja zrobiła "Dzwoneczka". Poczekała może minutę testując swoją cierpliwość, spojrzała na mnie wzrokiem nie tolerującym sprzeciwu i powtórzyła:
-Chcę wstać!!


I wstała i poszła w cholerę. W zabawki, mieszać w garnkach, odbierać plastikowy telefon i zaczepiać świnkę morską. Pani próbowała sprowadzić ją na dywan ale Maja stwierdziła, że skoro nie dostała soku to ma taki interes w nosie. Bez wątpienia-Maja to dziecko jednej szansy. Zmarnujesz, to po śliwkach.

Na drugi dzień doczekała soku ale poszła sobie zaraz potem, wczoraj Panie posadziły ją na krzesełku między sobą, dały obrazki do oglądania, więc dobrnęła do piosenek a dziś nawet do liczenia kubeczków.

Wybiegła (nie musiałam już wynosić jak wora kartofli) ubrana, z plecaczkiem, butelką i kartką od Pani krzycząc radośnie:
-Mamaaaaaaaa!- od drzwi.
Oraz sakramentalne pytanie:
-Ale dzie jest Gabi? Spi? Choćmy do domu, do Gabiego.

Od czterech chodzi również piechotą całą drogę do przedszkola, je cały obiad i śpi 4h w ciągu dnia. 

Nasze dziecko ma poszycie zrobione z kevlaru, z podwójnym dnem, nanorurki w szkielecie i szczelną pokrywkę wytrzymującą ciśnienie 10 atmosfer. Jest nie do zajechania. Nie boi się, że idę, nie płacze, nie czepia się Pani, nie wstydzi się, wali prosto z mostu:
-Popats Pani! Popats na to! Jezdzalnia! Choć tutaj, choć! Choć i pomós!

 Idzie gdzie ma ochotę, bawi się czym chce.... o ile o ile odmiennie ode mnie w jej wieku. Płakałam, trzymałam się blisko Pani, nie wyciągałam sama zabawek, przeżywałam każdy nawet błahy niewłaściwy postępek jak koniec świata. Kiedy wbiła mi się szpilka w miętką część stopy- nie powiedziałam, żeby nie denerwować Pań. Bałam się powiedzieć Mamie, że usiadłam na czyjejś gumie do żucia i zakleiła mi całe rajstopki na pupie. Nie miałam odwagi wstać z leżakowania, żeby poprosić o odprowadzenie do toalety i musiałam w końcu po 2h trzymania zrobić w gatki.....

Maja będzie miała łatwo w życiu. Niekoniecznie z nią łatwo bo ludzie nie bardzo wiedzą jak się chronić przed huraganem. Ale Maję łatwo zrozumieć i rozbroić kiedy zna się jej "piosenkę przewodnią:

BIGGER!
BETTER!
FASTER!
MORE!

I znowu jesteśmy z niej obrzydliwie dumni.

:D